„Dama na damce” się zamyka

Łatwo poznać po tym, że ostatni wpis był w styczniu.

Nie chcę pisać, że nie mam czasu na pisanie bloga. Bo to nie prawda. Mam dokładnie tyle samo czasu, co wszyscy inni, ale postanowiłam przeznaczyć go na inne czynności niż pisanie tutaj.

Moja niekończąca się lista „rzeczy do zrobienia” w połączeniu z obowiązkiem wychowania dzieci (i mam na myśli wychowanie przez duże „W”, a nie przechowanie ich gdzieś i jakoś, czyli chodzi mi o wartościowy i fajny czas spędzony z najważniejszymi dla mnie osobami, do grona „dzieci” zaliczam też męża :)) zmusiły mnie do przemyślenia sposobu, w jaki wykorzystuję moje najcenniejsze zasoby – czas i energię. Musiałam zastanowić się, jakie są moje priorytety, na czym mi najbardziej zależy, czego w życiu pragnę…

Inspirujące stały się dla mnie między innymi słowa Adrianny Huffington wypowiedziane w wywiadzie z Marie Forleo: „You can complete a project by dropping it”.

W konsekwencji z mojego menu zniknęło wiele dań.

Nie bez żalu, rezygnuję również z pisania tego bloga, gdyż – mając ograniczony zasób czasu i energii – nie jestem w stanie robić tego w sposób dla mnie zadowalający – regularnie, merytorycznie, ładnie…

Czas, który w ten sposób zaoszczędzę przeznaczę na… jeżdżenie na rowerze z moją rodzinką. Muszę też przyznać, że pracując głównie przed komputerem, robiło mi się słabo na myśl, że w moim czasie wolnym również miałabym ślęczeń przed ekranem. Zamiast zatem skupiać się na dokumentowaniu wspomnień, skupię się teraz na doświadczaniu tego, czego zdecydowałam się już nie dokumentować (jakkolwiek dziwnie by to nie brzmiało :))

Właściwie mogłabym nie pisać tego posta i pozwolić blogowi po prostu wygasnąć (jak to miało miejsce praktycznie od stycznia), jednak mam go cały czas z tyłu głowy i budzi to we mnie poczucie winy, jak widok zaniedbanego dziecka (a to z kolei wysysa moją energię). Dlatego uważam,  że sprawę trzeba zakończyć definitywnie, i dlatego, gdy w sierpniu skończy mi się okres wykupu domeny, „Dama na damce” zniknie z sieci.

Jest na tym blogu sporo treści, którą chciałabym „po sobie zostawić”, ale ograniczę się do zalinkowania poniżej do postów moim zdaniem najważniejszych:

Typowo rowerowe

Filozoficzne

Małe przyjemności (bo jestem wyznawcą małych przyjemności! małe przyjemności zbawią świat! – to też element mojej filozofii)

Choć i ta lista zniknie pod koniec sierpnia, może ktoś chciałby jeszcze do tych wpisów zerknąć…

E-mail damanadamce@gmail.com pozostaje aktualny i można się ze mną przez niego skontaktować, do czego zapraszam.

Jeśli miałabym na zakończenie podsumować jednym zdaniem sens całego tego bloga, to powiedziałabym: WYŁĄCZ KOMPUTER I IDŹ NA ROWER!

Pozdrawiam,

A.

FacebookTwitterGoogle+EmailPrintEvernotePinterestStumbleUponPodziel się

Styczeń 2016

U nas odwilż. Idąc wczoraj do pracy przez pobliski park, stwierdziłam, że – z bezlistnymi drzewami, snująca się mgłą i kraczącymi wronami – nadawałby się na scenerię powieści sióstr Bronte.

W ogóle zima w tym roku majta nami ze skrajności w skrajność – od 10 st. C przez cały grudzień po -15 st. C w styczniu. Śnieg leżał bardzo krótko i to z przerwą na roztopienie się i ponowne zamarzniecie tak, aby w całym mieście powstało totalne lodowisko. A teraz ponownie odwilż ujawniła wszystkie psie kupy na chodnikach…

Nie żalę się – opisuję obiektywną rzeczywistość.

U nas w domu od połowy listopada dość monotonnie. I tu znowu podkreślam, że się nie użalam nad sobą, bo – choć mam wrażenie, że styczeń trwa już trzy miesiące – to wcale mi ta jednostajność nie doskwiera. Miewam oczywiście kryzysy, ale cóż… jestem typową matką niemowlaka i przedszkolaka… każda z nas co jakiś czas popada w przekonanie, że zaraz oszaleje… :)

Biorąc pod uwagę, że oprócz zajmowania się bobasem, muszę wypełniać wszystkie obowiązki służbowe (pierwsze z nich już trzy dni po porodzie), a także od czasu do czasu ogarnąć mieszkanie, to i tak jestem bardzo obrotna. Sprzątanie nie jest bynajmniej wynikiem przekonania, że jako kobieta muszę takie rzeczy robić („bo siedzisz cały dzień w domu”) albo że teściowa sprawdzi, albo czegoś równie niedorzecznego. Po prostu, gdy się więcej czasu spędza w domu i to za dnia, gdy światło dzienne bezlitośnie oświetla każdy kąt, to człowieka zaczynają denerwować te chowające się pod szafą „koty”. Gdy siedzę na kanapie i karmię Juniora, to mam czas, żeby się im dokładnie przyjrzeć, a one mają czas, żeby mi swoją nachalną obecnością wywiercić dziurę w głowie. Nie ma rady, łapię za odkurzacz, aby wreszcie zaznać spokoju :)

Ponieważ większość pracy wykonuję teraz z domu, to zmagam się też z odwieczną bolączką każdego freelancera – jak się zabrać do roboty? Ciężko jest, ale o dziwo daję radę, bo satysfakcja z wykonanego zadania jest ogromna. Choć oczywiście miewam gorsze dni, kiedy mam wrażenie, że nie zrobiłam niczego merytorycznie przydatnego. Na szczęście niezbyt często – w sumie dobrze, że moja praca wymaga ścisłego trzymania się terminów, bo inaczej byłoby chyba gorzej, a tak – nie ma zmiłuj!

Mój największy dramat jednak sprowadza się od tego, że dokładnie od 12 listopada 2015 r. nie jeździłam na rowerze. Jakoś tak wyszło… Już nawet któregoś dnia go umyłam i sprawdziłam, czy jest zdatny (po tych kilku tygodniach na deszczu i mrozie), ale coś mi tam następnego dnia rano wypadło (Co to było? A, tak, taka szklanka się zrobiła przez noc, że bałam się jechać po żywym lodzie po takiej przerwie :()

Natomiast wypuszczam na rower męża. Przykro mi zawsze, gdy on idzie, a ja nie, ale nic mi przecież nie przybędzie, gdy mu odmówię tej frajdy, prawda?

Kilka razy był na kolarzówce. Na przykład w niedzielny poranek przy piętnastostopniowym mrozie – jezdnie odśnieżone i posypane, ale chodniki i drogi dla rowerów absolutnie nie. Więc mój mąż, do spółki z innymi moherami (nie mam nic przeciwko tym starszym paniom, ale przyznacie, że w niedzielne poranki miasta należą niepodzielnie do nich :)), ślizgał się do tego stopnia, że mógł jechać właściwie tylko prosto, bo każdy zakręt mógł się skończyć wywrotką. Jeśli natomiast też masz buty rowerowe specjalne do szosy, to wiesz, że próba podparcia się w nich na lodzie nieuchronnie kończy się szpagatem.

Ostatnie mrozy wykazały również ponad wszelką wątpliwość, że stopy na rowerze zmarzną, choćby nie wiem co. Oczywiście nie mówię tu o lokalnych przejażdżkach do pracy i po zakupy, ale o jechaniu dla jechania – godzinę lub dłużnej. Szanowny małżonek wykazał na wszelkie możliwe sposoby, że nie pomogą ani stosy skarpet, ani ochraniacze na buty, ani worki foliowe, ani chemiczne podgrzewacze. Jedyna metoda, żeby palce nie odmarzły, to co kilka kilometrów zsiadać z roweru i dymać kolejny kilometr na piechotę.

Choć oczywiście żadne z nas nie ma porządnych zimowych butów, więc może jest nadzieja… Ktoś coś wie na temat skuteczności?

A co ja robię, gdy nie jeżdżę na rowerze? CHODZĘ! Też fajne, a odkąd mi mąż nasmarował koła w wózku to nawet się niespecjalnie umęczam. Nasz głęboki wózek wozi właśnie piąte dziecko (nie, nasza tylko dwójka :)) i właściwie wymagałby zespawania, ale nam się nie chciało, więc tylko skleiliśmy „pałertejpem” i liczymy, że jakoś do kwietnia wytrzyma. Potem pewnie zainwestujemy w porządniejszą spacerówkę.

Chodzę po mieście (po sprawunki), po parku (Żeromskiego, Kasprowicza, Lasek Arkoński, do teściów i z powrotem to już ładne 12 km), nad morzem (Pobierowo i Międzyzdroje), nad Zalewem (Nowe Warpno). Chodzenie – jeśli już nie możesz wsiąść na rower – to naprawdę fajna sprawa. Szkoda, że tak wiele osób go nie docenia i ogląda świat zza szyby samochodu…

A tak poza tym?

  • Kupiliśmy dla Małej nowy fotelik samochodowy – całkiem nowa jakość jazdy! No i jeszcze taki czysty :)
  • Wydałam fortunę na wyprzedażach, w tym internetowych – płaszcz (koniec z chodzeniem w prochowcu przy -5 st. C! Hurra!), buty, swetry…
  • Był Dzień Babci i Dzień Dziadka.
  • Moje noworoczne postanowienia sprowadzają się do realizacji hasła „Consume less, create more” i na razie jakoś się trzymam.
  • Nie lubimy mleka sojowego.
  • Jem ogromne ilości słodyczy, dlatego szykuje się kolejna edycja miesiąca bez słodyczy – tym razem w lutym (dobrze, że to taki krótki miesiąc :))

No dobra kończę, bo czas zabrać się za robotę.

Życzę udanych spacerów i bezpiecznej jazdy,

A.

Prezentowy poradnik 2015: prezenty last minute

przewodnik prezentowy 2015 - dama na damce

No cóż, nie zawsze uda się zamknąć temat prezentów, zanim w sklepach zapanuje prawdziwe przedświąteczne szaleństwo. A gdy już zapanuje, to od sklepów trzeba się trzymać z daleka. Wiem coś o tym, bo kiedyś zgodziliśmy się z mężem wybrać z kolegą po prezenty dla jego rodziny dzień przed Wigilią. Oboje musieliśmy sobie potem strzelić kielicha na uspokojenie…

No więc jeśli nie udało Ci się prezentów kupić w terminie gwarantującym zachowanie zdrowia psychicznego, to musisz te prezenty zrobić sama. I już!

Osobiście w tym roku stawiam na obrazki.

galeria obrazków z wycieczek dama na damce

Sama uwielbiam ściany zapełnione obrazami i obrazkami. Bez względu na sprzeciw mojego męża, mamy więc naszym domu ścianę pełną naszych rodzinnych zdjęć, ścianę z akwarelami z miejsc, które odwiedziliśmy, ścianę z kwiatami, ścianę z „podróbkami” Makowskiego (kupione na aukcji charytatywnej), ścianę z obrazkami autorstwa mojej cioci oraz ścianę z naszymi imionami po chińsku (choć tak naprawdę nie wiemy, w którym chińskim języku, ani nawet czy grafiki nie wiszą do góry nogami).

Dlatego właśnie proponuję, abyś i ty poszła w oprawione obrazki i zdjęcia w charakterze prezentów. Będziesz do tego potrzebowała obrazka lub zdjęcia, kolorowej drukarki, dobrego jakościowo papieru, passepartout, ramki.

Obrazek możesz sama namalować lub sfotografować, ale jeśli nie masz do tego talentu to Internet jest pełen darmowych grafik i ilustracji do ściągnięcia (na przykład tutu, tu i tutaj albo poszperaj na Pinterst). Ja część maluję sama, a część przerabiam na akwarele ze zdjęć robionych przez mojego męża. Taka „akwarela” to oczywiście oszukaństwo, ale biorąc pod uwagę, że przedstawia miejsce naszego pobytu i „pochodzi” z naszego zdjęcia, jakoś przymykam na to oko. Prawdziwy obrazek namalowany przez lokalnego artystę to wydatek rzędu 30 euro – wymaga przemyślenia.

Jeśli masz dzieci, to ich dzieła (panie z przedszkola na pewno zadbały, żebyś miała ich pełną szufladę) czy ich zdjęcia, to doskonały prezent dla cioć i dziadków, prawda?

Pamiętaj tylko, żeby dopasować charakter „dzieła” do obdarowanego i jego wnętrza. W domach mojej najbliższej rodziny królują antyki, więc pójdę raczej z w klasyczne obrazki oprawione w orzech niż w czarno-białe grafiki w białych nowoczesnych ramach.

Nasze dzieła warto wydrukować na dobrym papierze, a nie takim zwykłym do ksero. Nie każda drukarka wydrukuje na papierze do malowania akwarelą, ale już na papierze do malowania kredkami owszem, a już on wygląda o niebo lepiej.

Passepartout (którego pisownię musiałam wyguglować) można kupić nawet w Leroy Merlin (za grosze dosłownie). Można też zrobić samemu, ale ja akurat nie umiem, a cena gotowego produktu jest zbyt kusząca, żeby się męczyć.

Ramki. Powtórzę, ramki podobnie jak sam obrazek trzeba dobrać do osobowości obdarowanego i wystroju jego mieszkania. Najprostsze ramki, zarówno te w kolorze drewna, jak i te bardziej nowoczesne (białe, czarne czy w kolorze stali nierdzewnej) można dostać w marketach budowlanych. Ja równie często korzystam z usług lokalnego szklarza, który za idealnie dopasowaną ramkę na niewielki obrazek bierze 15 zł., czyli tyle co ile musisz dać za masówkę 10×15 w sklepie. A do jego warsztatu dojadę wózkiem i nawet nie muszę wchodzić do środka – wystarczy, że zawołam i już jestem obsługiwana.

Taki prezent – jeśli został własnoręcznie wykonany lub chociaż dobrze przemyślany – jest cenniejszy niż jakikolwiek inny, bo oddaje to, kim jest zarówno obdarowany, jak i obdarowujący, a często również charakter ich relacji.

Sama bardzo takie prezenty sobie cenie – tak jak ten namalowany przez moją kuzynkę, wówczas studentkę architektury.

dama na damce - własnoręcznie wykonane prezenty cieszą podwójnie

A jak tam u Ciebie z prezentami na ostatnią chwilę?

Pozdrawiam,

A.

 

Prezentowy poradnik 2015: biżuteria i inne

przewodnik prezentowy 2015 - dama na damce

Biżuteria dla damy

Moją uwagę przykuła w tym roku biżuteria sportowa. Sama dostałam taki upominek i uważam, że to świetny pomysł na prezent pod poduszkę lub pod choinkę. Doskonale wpisuje się w moje przekonanie, że świąteczne prezenty powinny być raczej symboliczne, czyli drobne i niedrogie. Osobiście staram się, aby prezenty, które kupuję nie kosztowały więcej niż 30-50 zł. na osobę. Co roku sama się dziwię, ile cudownych rzeczy można dostać w tych granicach cenowych…

Po takie drobiazgi zapraszam do sklepu Biżuteria Sportowa.

poradnik prezentowy 2015 biżuteria sportowa

Biżuteria dla damki

Po ozdoby rowerowe warto udać się do sklepu Bike Belle (sklep na nawet pod stronę z prezentami do 50 zł.) i dam zanurzyć się w gąszczu słodkich koszyków, dzwonków i wentyli. Trzeba tylko pamiętać, że rower, podobnie jak kobieta, nie może być przesadnie obwieszony biżuterią. Stara chanellowska zasada, aby przed wyjściem z domu spojrzeć w lustro i zdjąć jedną ozdobę, ma zastosowanie nie tylko do damy, ale również do damki.

Osobiście w liście do Świętego wspomniałam o takim siodełku:

poradnik prezentowy 2015 dama na damce rowerowe siodełko zebra

http://www.bikebelle.pl/stylowe-siodelka/3164-siodelko-zebra.html

Co jeszcze polecam jako prezent dla entuzjasty rowerów?

Tu już trochę mniej biżuteryjnie:

  • przewodniki i mapy rowerowe – w sam raz na zimę, żeby zaplanować sezon wiosenno-letni;
  • rowerowe drobiazgi, jak na przykład bidony, uchwyty na bidon, owijki, gripy;
  • sakwy podsiodłowe;
  • pokrowce na siodełka lub na cały rower;
  • samodzielnie zrobiony album ze zdjęciami z rowerowych wycieczek;
  • odblaskowe rękawice rowerowe (na liście mojego męża);
  • drobna odzież rowerowa – opaski, czapki, skarpety, ochraniacze na buty.

Jakieś inne pomysły?

Pozdrawiam,

A.

Prezentowy poradnik 2015: książki

przewodnik prezentowy 2015 - dama na damce

Prezenty trzeba kupować dużo wcześniej! Zakupy na ostatnią chwilę to gwóźdź do trumny świątecznego nastroju! A ja zbyt sobie ten nastrój cenię, żeby ryzykować jego zepsucie.

Nie pierwszy raz wspominam, że książka to jeden z lepszych pomysłów na prezent. Nie tylko darujemy komuś możliwość poczytania czegoś ciekawego, ale darujemy mu wolną chwilę, którą spędzi sam na sam z książką, darujemy coś tylko dla niego…

Statystycznie prezenty książkowe pożerają największą część mojego świątecznego budżetu. Zakupy w tym zakresie realizuję już w listopadzie w dyskoncie książkowym aros.pl (pisząc ten post czekam na kuriera z przesyłką już przyszły).

jakie ksiażki w prezencie - damam na dmace- przewodnik prezentowy 2015

Zwykle zamawiam też coś nieświątecznego dla siebie i dla męża. W tym roku zamówiłam sobie książkę Garance Dore, o której jest teraz tak głośno. Nie żebym była szczególnie zainteresowana modą jako taką, choć – jak już pisałam ostatnio, lubię fajne ciuchy. Po prostu lubię ładne wydania o ładnych rzeczach, a na blogu Freelancerki przeczytałam recenzję, która szczególnie mnie do tego zakupu zachęciła (właściwie najbardziej ze względu na biznesowe skrzywienie samej recenzji).

A jak tam kupowanie prezentów u Ciebie?

Pozdrawiam,

A.