Urlop 2014: znów na poważnie…

rowerowe wakacje

No dziś to naprawdę pojechałam po bandzie, ale tak błaha sprawa jak urlop może skłonić do naprawdę poważnej i szerokiej refleksji…

Gdy pytani o plany wakacyjne, mówiliśmy, że zabieramy Małą w przyczepce na pięciodniową wycieczkę rowerową, u naszych rozmówców pojawiał się na twarzy lekki grymas i zaraz potem padało pytanie: A co na to dziecko?

W tym momencie grymas pojawiał się z kolei na mojej twarzy. Nie wiem, nie pytałam – odpowiadałam.

Moja pierwsza myśl była za każdym razem taka sama: A niby dlaczego miałaby mieć coś przeciwko? Przecież nie skaczemy z nią na bangee! Ba, nie jedziemy nawet w szczególnie odludne czy niecywilizowane miejsce, w końcu Saksonia to nie żadna dżungla… Co jest takiego zaskakującego w naszym doborze rozrywek i co jest takiego dziwnego w tym, że „rozrywamy się” razem z dzieckiem?

Wyjdę pewnie na wyrodną matkę, ale naprawdę nigdy (no dobra to nigdy ma ledwie dwa lata) nie przyszło mi do głowy, żeby się zastanawiać, czy Mała będzie lubiła to, co mamy jej do zaoferowania.

Po prostu uważam, że rodzice są po to, żeby swoim dzieciom pewne rzeczy zaprogramować, narzucić. Tak, precyzyjnie się wyraziłam: mam na myśli autorytatywne narzucanie dziecku przez rodzica tego, co jest dobre, normalne, sprawiedliwe, a nawet fajne…

No bo niby skąd dziecko ma to wiedzieć samo…

To rodzice są od tego, żeby pokazać, jak wartościowo spędzać czas, jeść nożem i widelcem, jakie książki czytać, jak wydawać pieniądze, w co wierzyć, jak odnosić się do innych. To zadanie rodziców, żeby dziecku zaproponować  (i uczynić naturalnym) styl życia, światopogląd czy religię. A nawet coś tak błahego jak środek transportu… To rodzice są impulsem, to rodzice wychowują (czytaj: kształtują) swoje dziecko.

Nasza Mała nie ma egzystencjalnych „rozkmin” na temat wakacji w siodle. Dla niej świat po prostu taki jest, że się jeździ na rowerze. Dla niej to jest obiektywna rzeczywistość, a nie jakiś pogląd czy możliwość.

Dotyczy to tak naprawdę każdego aspektu życia – od wyboru wyznania po ulubiony kolor.

Oczywiście, gdy będzie starsza – mając w głowie to, co tam włożyliśmy jako rodzice – być może zechce wybrać inny kierunek. Ale na pewno nigdy nie pozostanie bez sposobów, wzorców, zasad i autorytetów, do których w razie czego będzie się mogła odwołać lub które świadomie (bo świadoma ich istnienia, a nie z ignorancji) odrzuci.

Uważam, że – tak modne obecnie – pozostawianie dzieciom wolnego wyboru, np. co do tego, w co mają wierzyć (i czym jeździć :)), jest wobec nich nie fair, bo zabiera im twarde oparcie dla ich dalszych kroków i rzuca je w świat, w którym nie ma zasad, w którym nic nie jest pewne, który jest chaosem…

Wiem o tym, bo sama jestem przecież czyimś dzieckiem, i – choć nie we wszystkim się zgadzam z moimi rodzicami – to jednak nauczyli mnie zasad poruszania się po świecie i do tej wiedzy często się dowołuję.

Pozdrawiam,

A.

 

Urlop 2014: dlaczego taki krótki?

rowerowe wakacje

 

No cóż, nasz urlop do najdłuższych nie należał…

To tylko 5 dni i 4 noclegi.

Z pewnością wolelibyśmy wyskoczyć gdzieś na bite dwa tygodnie, ale nie dało się w tym roku i nie zamierzamy nad tym specjalnie ubolewać.

Dlaczego? Bo taki krótki urlop ma swoje zalety i właśnie o nich chciałabym napisać dziś, żebyś i Ty nie ubolewała.

1.

Po 5 dniach w siodle i tak musielibyśmy zrobić przerwę. Po 5 dniach i 400 km należał nam się odpoczynek. Jestem święcie przekonana, że mój organizm wypiąłby się na mnie, gdybym mu choć zaproponowała kolejny dzień w siodle. Taka przerwa może mieć swoje zalety, jeśli wypadnie w fajnym miejscu, ale nie zawsze się uda. Nam wypadła w domu i było super!

2.

5 dni wystarczy, żeby oderwać się od rzeczywistości, zapomnieć i zatęsknić.

3.

W 5 dni sprawy w pracy nie zdążą się wyrwać spod kontroli. To może nie być istotne dla wszystkich w tym samym stopniu, ale w moim zawodzie (w którym obowiązują terminy narzucane przez sądy i urzędy) ciężko jest znaleźć lukę w kalendarzu dłuższą niż jeden tydzień (5 dni roboczych). W dodatku muszę zdążyć odebrać pocztę, zanim wróci do adresata…

4.

Jeśli wybierzesz się w podróż na 5 kolejnych dni roboczych (od poniedziałku do piątku) to masz najpierw weekend na przygotowanie do wyjazdu, a potem weekend na ochłonięcie po wyjeździe.

5.

Taki wyjazd to stosunkowo niewielkie koszty. Naszym celem nie było akurat wypoczęcie tanio, ale i tak tanio wyszło. Wyjeżdżając na 5 dni bez problemu utrzymasz ogólny koszt poniżej 1.000 zł. A w tej sytuacji możesz – w ramach rocznego budżetu wakacyjnego – wyjechać kilka razy, np. co dwa miesiące lub co kwartał, żeby wykorzystać dobrodziejstwa każdej z pór roku.

6.

Skoro już mowa o częstszych urlopach, to mają dodatkowo tą zaletę, że są bardzo motywujące. A mianowicie, lepiej motywują do pracy! W końcu świadomość, że następna nagroda za ciężką pracę spotka nas już za dwa-trzy miesiące, jest dużo przyjemniejsza niż myśl, że trzeba będzie na nią czekać jeszcze rok!

7. Zdecydowanie tylko dla dziewczyn!

Przez pięć dni akurat utrzymają się efekty tych wszystkich zabiegów pielęgnacyjnych, które czynią Cię gładką i powabną. Wrócisz do domu w samą porę na kolejną turę depilacji, piłowania, dorabiania, naciągania i botoksu :)

Pozdrawiam,

A.

Urlop 2014: przed i po

rowerowe wakacje

Przed wyjazdem – choć to było tylko pięć dni – w naszej sypialni piętrzyły się sterty rzeczy do zabrania, ubrania, torby, sakwy…

Sakwy trzeba było przywieźć od teściów, gdzie je przechowujemy, i postanowiliśmy zrobić to rowerem, co – na pierwszy rzut oka – wydawało nam się bułką z masłem. W końcu co może być trudnego w przewiezieniu na rowerze sakw rowerowych (w dodatku pustych)?…

No okazało się, że miałam z tym trochę trudności, zwłaszcza, gdy wrzucony z kuchenką metalowy kubek strasznie stukał i dzwonił na wertepach, co doprowadzało mnie do szału i po zaledwie 100 metrach postanowiłam się zatrzymać i wszystko jeszcze raz przepakować. przygotowania do wyjazdu

O tym, co zabraliśmy dla Małej już pisałam, więc nie będę się powtarzać.

Musieliśmy też wziąć pod uwagę, że pierwszy dzień będziemy jechać bez bagażu, więc do jednej sakwy wrzuciłam to, co zabieramy nawet na jednodniową wycieczkę, a do drugiej to, co na ten jeden dzień zostało w samochodzie.

Za to rzeczy dla Małej podzieliłam (na resztę wycieczki, gdy już jechaliśmy z tobołami) na dwie części, żeby dzienną dawkę pieluch, mleka, jedzenia i ubrań na zmianę mieć na wierzchu w dużej sakwie. Natomiast resztę rzeczy wrzuciłam do bocznych sakw na dno i co wieczór, gdy i tak wszystko wywalaliśmy na podłogę w pokoju hotelowym, robiłam uzupełnienie podręcznych zapasów.

Bagażowa pourlopowa refleksja jest taka, że zabraliśmy za dużo  jedzenia. Co prawda wyjątkowo przydał się nasz awaryjny zestaw obiadowy (makaron plus sos „bolonieze” w torebce), ale zabraliśmy za dużo przekąsek, takich jak orzechy, czy wafle ryżowe. W skali całego wyjazdu tylko Mała zjadła swój przydział, my – nie.

Natomiast następnym razem w miejsce paczki orzechów i biszkoptów, zamierzamy wziąć ekspres do kawy (tzw. zanzibarek). W domu nie możemy z niego korzystać, bo mamy kuchenkę indukcyjną, ale na gazie w plenerze będzie „jak znalazł”. A nam przyda się w trasie odrobina luksusu :)

A po powrocie?

Standardowo, czyli stosy prania, również tego czekającego przez cały urlop w domu. Całe szczęście, że zawsze po powrocie mam tyle energii, że strzelić sobie cztery pranka pod rząd to dla mnie żaden kłopot. rozpakowanie i pranie po powrocie

Dodam może jeszcze tylko, że z ciuchami trafiliśmy  w sam raz. Zabraliśmy tyle, ile trzeba. Tylko długie spodnie wróciły z wyprawy nie ruszone, ale to dlatego, że po prostu mieliśmy szczęście do pogody. Kłopot był tylko z Małą, która jednego dnia ubrudziła wszystkie portki, które dla niej wzięłam i przez resztę wyjazdu chodziła w brudnych.

spodenki - najlepiej ubrudzić wszystkie od razu

Taka wyprawa z dzieckiem to zabawa tylko dla matek o silnych nerwach :) Nie każda kobieta zniesie widok takiego małego brudasa…

Pozdrawiam,

A.

Pierwsze urodziny bloga

mewa na urodziny

Masz wrażenie, że to zdjęcie absolutnie nie na temat?

Słusznie.

Ale jest piękne!

I skoro właśnie sobie zdałam sprawę, że piszę tego bloga od roku (3 września opublikowałam pierwszy rowerowy wpis), to – jako blogowa jubilatka – mogę bez krępacji spełniać swoje zachcianki. A zatem…

Zdjęcie jest piękne i ZOSTAJE!

A tak na poważnie: Dzięki, że to czytasz.

Pozdrawiam,

A.

Trasa Odra-Nysa: nieco szersza refleksja

rowerowe wakacjeWakacyjne fakty są może i ważne, ale dziś chciałabym napisać o czymś innym. Oczywiście będę się odwoływać do naszych wakacji i do samej trasy Odra-Nysa, którą już od dawna planowaliśmy przejechać, ale ta wycieczka to raczej inspiracja do szerszej refleksji nad trasami rowerowymi i ich znaczeniem dla… gospodarki.

Tak, tak, waśnie gospodarki. Wcale nie chcę pisać o ich znaczeniu dla rowerzystów, bo to zdecydowanie zbyt oczywiste.

Chodzi mi o ich znaczenie dla nierowerzystów, dla wsi i miasteczek, przez które trasa Odra-Nysa przechodzi. Dla tych miejsc, które – choć urocze – same w sobie nie są w stanie ściągnąć do siebie rzesz turystów z drugiego końca świata – to nie kurorty, to nie kulturalne stolice, to nie metropolie.

To jednak jednocześnie miejsca, gdzie zmęczeni rowerzyści mogą zjeść wursta i napić się lokalnego piwa, zjeść ciasto domowej roboty i podziwiać (a może i nawet kupić) dzieła lokalnych artystów. To dzięki tej trasie rowerowej malutkie kościółki i kamienice z muru pruskiego nie zostaną zapomniane, dzięki rowerzystom kąpieliska zaludniają się, a miejskie skwery tętnią życiem.

trasa odra nysa - nie tylko dla osób 50+

 

To nie jest turystyka na masową skalę, to nie japońskie wycieczki, to nie pięciogwiazdkowe spa, to nie milionowe zyski…

Ale jednocześnie to nie wymaga wielkich inwestycji, kosztownych budów czy promocji w telewizji. Rowerzystom po całym dniu w siodle wystarczy czysta pościel, gorący prysznic i ten przysłowiowy wurst z bułką, czyli to, co właściwie każdy gospodarz jest w stanie zapewnić bez specjalnych ceregieli.

To niewielki, ale w miarę stały dochód, przy nieznacznych nakładach. To codziennie nowi ludzie, wiadomości, rozmowy, świeża krew… TO SAME KORZYŚCI!

I właśnie dlatego tak bardzo żałuję, że w Polsce nie ma tak wielu tras rowerowych. Owszem niektóre gminy chwalą się trasą po starej wąskotorówce albo czymś takim (np. trasa Połczyn Zdrój – Złocieniec), ale 30 km nie wystarczy, żeby ściągnąć do nas niemieckich czy skandynawskich turystów. To musi być trasa na co najmniej tydzień jazdy (najlepiej połączona z innymi równie długimi trasami), bo tylko wówczas turyści będą nocować, jeść, zwiedzać, naprawiać rowery, kupować…

Uważam, że spójna sieć tras rowerowych wiodących przez wsie i miasteczka, jest w stanie ożywić polską prowincję, dostarczyć jej mieszkańcom dochodu i nowych doznań, nowego impulsu.

Bo żeby rozkręcić przy-rowerowy biznes nie trzeba wiele – wystarczy czysty pokój i dobre żarcie. A kto robi lepsze pierogi niż nasze polskie ciocie i babcie, u kogo wypijesz lepszy kompocik?

To z pewnością nie jest apel do rządu, lecz do gmin – ich władz i mieszkańców – jednoczcie się, kombinujcie… Na to jest kasa, trzeba się tylko zainteresować i dogadać!

Samo się nie zrobi, ale Wy możecie!

Pozdrawiam,

A.