Teneryfa bez roweru – co warto zobaczyć?

Teneryfa bez roweru

Miałam napisać, co konkretnie widzieliśmy, no to piszę…

Czarny piasek na plaży

teneryfa playa de la erena

Playa de la Arena, znajdująca się niecały kilometr od naszego hotelu, wyglądała jak negatyw „naszej” plaży. Pierwsze wrażenia ze stąpania po takim piasku nie były zbyt przyjemne, bo wydawał się po prostu brudny. Ale to minęło z chwilą, gdy zorientowałam się, że w istocie zachowuje się dokładnie tak samo jak „nasz” piasek – wyschnie i odpada. Niemniej, doświadczenie dość ciekawe.

Dodam może tylko, że już o 11:00 nie dało sie po nim chodzić – tak był gorący, dlatego na plażę chodziliśmy z samego rana. Poskakać przez fale (FALE!!! – zabrały moje okulary słoneczne, rzucały mną po całym nabrzeżu, a gdy odpływały, musiałam się zaprzeć z całej siły, żeby mnie nie porwały), wyschnąć i dalej w drogę…

Garachico

Mała miejscowość w północno-zachodniej części wyspy. Urocza kolonialna zabudowa i bardzo ciekawy brzeg oceanu. Otóż lawa z wulkanu pod koniec XVIII wieku tak się ciekawie rozlała, że utworzyła coś na kształt naturalnych falochronów, po których można spacerować. Przyjemne, choć dojazd dość karkołomny (choć w porównaniu do drogi dojazdowej do Masci, już nie wydawał mi się taki kręty).

Los Gigantes

teneryfa los gigantes

Ogromne klify w zachodniej części wyspy. Po prostu pojedź i zobacz, bo to ładny widok.

Loro Parque

loro parque teneryfa

loro parque teneryfa

loro parque

Cóż… Sami byśmy tam nie pojechali i nie wydalibyśmy 300 zł. na wizytę w… zoo. Ale jesteśmy rodzicami dwulatki i to trochę zmienia postać rzeczy.

To po prostu duży park z ogromną ilością papug i… turystów, ale – o dziwo – bawiliśmy się dobrze i zupełnie nie żałujemy poświęconego czasu i pieniędzy. Choć chyba najbardziej podobały nam się pingwiny, to nie wzgardziliśmy też pokazem foczych i delfinich sztuczek. Z reguły nie zachwycają mnie tego typu pokazy – to jest po prostu sztuczne i takie… cyrkowe – ale mimo wszystko robiło wrażenie. Foki były o tyle ciekawsze, że pokaz zawierał elementy kabaretowo-satyryczne.

Ciekawie było też oglądać techniczną stronę pokazu, zwierzęta nie robiły bowiem nic za darmo – nawet, gdy teoretycznie nic nie robiły (a nie tylko, gdy fikały koziołki), to i tak za stanie w tym momencie, w tym miejscu musiały dostać nagrodę, a trenerzy musieli być z nimi w stałym kontakcie. Pouczające.

loro parque flamingi i papugi

Santa Cruz de Tenerife i La Laguna

Przez stolicę wyspy, Santa Cruz de Tenerife, tylko przejeżdżaliśmy samochodem, ale jest piękna i zgodzę się z zasłyszanym porównaniem do Sydney. Duży port, piękna roślinność, zadbane kamienice. Taki jawi się obraz tego miasta z okna samochodu.

Natomiast w La Lagunie poszliśmy na spacer po „starówce”, do której bardzo łatwo dojechać z autostrady, pod warunkiem, że się przegapi główny zjazd na La Lagunę, a potem nerwowo próbuje ten błąd naprawić :) – i już jesteś w centrum miasta. Tu również dominuje kolonialna zabudowa, niektóre kamienice pochodzą nawet z XVI wieku, do tego butiki, knajpki, palmy i pomnik Jana Pawła II. Piękne miasto, ale zimne. Mieszkańce chodzili w płaszczach (widziałam kobietę w puchowej kurtce, słowo honoru), a my w szortach, jakbyśmy się z choinki wielkanocnej urwali. Zmarzliśmy na kość.

El Teide

O Teide już wspominałam – uważam, że to właśnie wulkan czyni Teneryfę tak ciekawą. Przede wszystkim dlatego, że dzieli wyspę na dwie całkowicie różne od siebie strefy klimatyczne, a w konsekwencji również krajobrazowe.

Poza tym jest szalenie malowniczy i sam w sobie ciekawy – to była kiedyś ogromna góra, która zawaliła się pod swoim własnym ciężarem. W konsekwencji, żeby dojechać do samego wulkanu trzeba minąć pierścień wzniesień, potem zupełnie płaski teren pokryty wulkanicznym żwirem i dopiero wtedy dociera się do najważniejszej góry. Kolejka na wulkan kosztowała nas 52 euro (Mała za darmo). Byliśmy przy dolnej stacji  ok. 10:00 i – jeśli nie chcesz szukać miejsca do parkowania, a potem stać w wielokrotnie zawiniętej kolejce – zrób tak samo. Nie pij kawy w kafejce na dole – jest okropna, ale weź ze sobą coś do picia i jedzenia, bo u góry nie ma żadnego baru (tylko WC).

Z górnej stacji kolejki można dalej wyruszyć na treking i w ten sposób dojść na sam szczyt. My tego nie zrobiliśmy, bo założyliśmy, że Mała nie wytrwa. I rzeczywiście – prawie cały czas ją nosiliśmy („Mamusiu, nóśki mie boją.”). Przeszliśmy się zatem krótkim szlakiem wokół góry (na wysokości górnej stacji), ale i on zrobił na nas wrażenie. Po drodze spotkaliśmy pracownika parku, który próbował – początkowo nieskutecznie – namówić mnie, żebym włożyła rękę do dziury w skale, którą mi pokazał. Wkładając ją tam piszczałam jak nastolatka – z dziury buchało ciepłe powietrze – siarka.

Nie będę opisywać tych widoków – nie mam takich zdolności językowych, które pozwoliłyby mi opisać tą przestrzeń, świeżość, to poczucie swobody, wolności, którym oddychałam tam na górze.

teneryfa wulkan teide

teneryfa el teide kolejka na wulkan

Jeszcze słowo w sprawach technicznych: dla siebie weź okulary słoneczne, bluzkę z długim rękawem i wełniany sweter, do tego czapkę, szalik i rękawiczki. Dla dziecka – normalną kurtkę i wszystkie te zimowe gadżety, które jadąc na Teneryfę zimą i tak pewnie weźmiesz.

No dobra, dwa słowa: dojazd do dolnej stacji kolejki na Teide doskonale nadaje się na wycieczkę kolarzówką – dla wytrwałych. Naprawdę, to musi być super wycieczka!

El Medano

Do Medano pojechaliśmy z sentymentu, bo byliśmy tam trzy lata temu. Jest to miejscowość o tyle ciekawa, że ma plaże z jasnym piaskiem (ściągniętym z Sahary, podobno) i straszne wietrzysko, stąd uchodzi za raj dla różnego rodzaju surferów (wind-, kite-, itp.).

el medano teneryfa raj dla surferów

Masca

Masca to malutka miejscowość, pięknie położona między górami, ale w wycieczce do Masci najciekawszy jest chyba właśnie dojazd, o którym już wspomniałam. Droga jest tam tak kręta i tak wąska, że nie ma szans, żeby na zakręcie (na agrafkę) minęły się dwa samochody (pfu, samochody – nawet nissany micra się nie miną). Na szczęście turyści czują respekt i jadą powolutku (nawet 20-30 km/h), przez co od razu poznasz lokalesa – furgonetką, 60 km/h, jedna ręka niedbale na kierownicy, a druga za oknem z papierosem…

A po drodze – jako wisienka na torcie – dwa piękne punkty widokowe: jeden na sama drogę, drugi – na Teide. Dlatego właśnie warto wybrać się własnym środkiem transportu.

teneryfa masca

teneryfa droga do MascaTo tyle z moich wynurzeń – strasznie lubię pisać o tych wakacjach, bo od razu wracają wszystkie wspomnienia i wrażenia z pobytu.

Jakieś inne sugestie na temat zwiedzania Teneryfy? Czekam.

Tymczasem pozdrawiam,

A.

Teneryfa bez roweru – parę przydatnych informacji

Dama na teneryfie 2

Tym razem nie jeździliśmy na rowerach, ale wyspa ma tyle do zaoferowania, że i bez rowerów może być super!

Wyspy Kanaryjskie to absolutnie standardowa turystyczna „destynacja” (przepraszam za to słowo) – turystyka wytwarza podobno około 60% PKB Teneryfy. Nie trzeba mieć ani krztyny polotu, żeby tam wylądować. Łatwo się tam dostać, pełno tam hoteli i udogodnień dla turystów. W związku z tym ktoś może się pod nosem uśmiechnąć z pogardą, gdy piszę tu o niej z takim entuzjazmem, ale w moim odczuciu każdy Polak doceni, że Teneryfa zapewnia coś, czego się w Polsce nie uraczy nawet w przybliżeniu.

NA TENERYFIE I MORZE I GÓRY SĄ W ZASIĘGU RĘKI. JEDNOCZEŚNIE!

I to nie byle jakie morze, lecz sam Atlantyk, i nie jakieś tam pagórki, lecz nastajaszczy wulkan o wysokości niemal 4000 m. n.p.m. Oddalone od siebie o niecałe 30 km i stale widoczne – jedno z drugiego.

Teneryfa jest po prostu piękna ze swej natury, dzięki przyrodzie i klimatowi. I jeśli tylko ominiesz szerokim łukiem turystyczne zagłębie w południowo-zachodniej części wyspy, to nie odczujesz ani tłoku, ani kiczu, ani natarczywych sprzedawców.

My mieszkaliśmy w Puerto de Santiago na zachodzie wyspy, dokładnie w połowie, i tą lokalizację gorąco polecam wszystkim, którzy chcą sobie zagwarantować słoneczną pogodę (z jednej strony) i łatwy dostęp do wszystkich innych ciekawych miejsc na wyspie (z drugiej).

Hotel miał trzy gwiazdki i jego standard w pełni odpowiadał tej klasyfikacji. Było w nim też mnóstwo Polaków, więc nie wolno było przeklinać, obgadywać i obrzucać złośliwymi uwagami, bo w pobliżu na pewno był ktoś, kto rozumiał… Wykupiliśmy opcję HB (śniadanie i obiadokolacje), bo sprawdziła się poprzednim razem, ale teraz to nie było optymalne rozwiązanie – lepiej sprawdziłyby się same śniadania.

Co do obiadów: Jeśli chcesz zjeść tanio – to lepiej pojedź do Lidla i kup sobie makaron oraz pesto i zrób szybki obiad w pokoju (mieliśmy aneks kuchenny), a jeśli chcesz zjeść dobrze – to po prostu pójdź do jednej z wielu lokalnych knajpek i zamów wielki talerz owoców morza. A jeśli chcesz po środku – to wybierz opcję mieszaną – trochę samodzielnie, trochę w restauracji (tą wersję polecam). Po prostu hotelowe obiady… no cóż… szału nie było…

Jeśli chodzi o zwiedzanie, to najlepiej wynająć samochód (koniecznie mały) i jeździć na własną rękę. Koszt samochodu wyniósł 132 euro za 4 dni (w tym foteli dziecięcy). Paliwo tańsze niż u nas, a odległości niewielkie.

Co konkretnie widzieliśmy, napiszę innym razem, bo jeśli będę czekać, aż znajdę na to czas, to nic nie opublikuję…

Tymczasem pozdrawiam,

A.

Urlop! Urlop! Urlop!

Jeszcze wczoraj nie było wiadomo, a dziś już wiem, że w sobotę (skoro świt) ruszamy na urlop!

Prawdziwe last minute.

Nie będzie nas tydzień. Lecimy na Teneryfę.

Bierzemy absolutnie standardową wycieczkę – nie będziemy podróżnikami, lecz zwykłymi – tfu! -turystami.

Na Teneryfie już byliśmy i wolałabym zobaczyć Gran Canarię, ale w tym jedynym możliwym terminie mogłam wybierać pomiędzy T. a Fuerteventurą. Ponieważ leżenie na plaży nie jest dla nas, wybraliśmy jednak większą wyspę, która oferuje więcej atrakcji – np. wulkan.

W planie mamy i rowery, i wycieczki samochodowe. Dam znać, jak było, a tymczasem opowiem, jak było na naszej poprzedniej wycieczce na T. w 2012 r.

teneryfa rower 2

Też decyzję podjęliśmy w ostatniej chwili i wzięliśmy pierwszą z brzegu wycieczkę bez wnikania w szczegóły oferty. Cena nie zawsze jest wyznacznikiem jakości usług hotelowych – dokładnie ta sama wycieczka kosztowałaby nas tydzień później o 1.000 zł. od osoby więcej, a obejmowałaby ten sam hotel nad samym oceanem (który jednak lata swej świetności ma już za sobą), towarzystwo tych samych Niemców z robotniczych rodzin, tą samą obsługę, która na każdą prośbę odpowiadała „Maniana„, tą samą, doskonałą pogodę (to było południe wyspy, czyli warunki pustynne), to samo stołówkowe jedzenie.

teneryfa na rowerzeJeszcze w Polsce zarezerwowaliśmy rowery w lokalnej wypożyczalni – trochę na pałę mąż zamówił górale (w końcu na teneryfie są góry – proste wnioskowanie), co było błędem, bo nie przygotowaliśmy się „merytorycznie” pod kątem tras. Na miejscu zmieniliśmy górale na trekingi i korzystaliśmy z dróg asfaltowych, które były mało uczęszczane przez samochody.

Z domu wzięliśmy rowerowe ciuchy, kaski i nasze pedały, żeby pasowały do butów. Co wieczór zostawialiśmy rowery w wypożyczalni, a rano były gotowe znowu do drogi, nawet jeśli dzień wcześniej złapaliśmy kapcia. Dodam tylko, że w takiej sytuacji płaciliśmy tylko 2,5 euro za dętkę.

W ten sposób niemal dzień w dzień dostawaliśmy się z wysokości 0 m n.p.m. na 1000-1800 m n.p.m. Wciąż jednak uważam, że to niesprawiedliwe, że pod górę jechaliśmy cały dzień, a zjazd w dół zajmował nam max. 40 minut :(

teneryfa na rowerzeSkupiliśmy się na jeździe po południowej, pustynnej części wyspy, która była bardzo nielicznie zaludniona aż do lat 70-tych XX wieku, kiedy to zaczęto rozwijać tu infrastrukturę turystyczną. Na południu wszystko jest sztuczne i skierowanej wyłącznie do turystów. Za pierwszym razem było to ciekawe, ale wystarczy – tym razem celujemy w zwiedzanie północy, która jest zasadniczo odmienna klimatycznie i krajobrazowo (niestety jest też bardziej deszczowa).

teneryfa na rowerzeKorzystanie z tamtejszego jedzenia, w szczególności z owoców morza to obowiązek każdego turysty.teneryfa na rowerzeNasz plan dnia wyglądał dość prosto i – z pozoru – monotonnie: pobudka – śniadanie (po komin) – rower – kolacja (najpierw talerz warzyw, dopiero potem inne rzeczy – gdybym robiła odwrotnie, nie zjadłabym ani marcheweczki – bufet ma jednak swoje wady) – kąpiel w oceanie – spać.

Pamiętam, że bardzoooooo potrzebowałam wówczas tego urlopu i bardzo dobrze mi zrobił, więc polecam każdemu, kto musi oderwać się od rzeczywistości. Szczególnie zimą, gdy u nas zimno, a tam panują idealne temperatury – między 20 a 25 st. C.

Pozdrawiam,

A.

Promuj polskie, wspieraj lokalne

dama chce kupować lokalnie|Dama na damce

Ktoś tak praktyczny i stąpający tak twardo po ziemi jak ja, robiąc zakupy rzadko kieruje się sentymentem. Podobnie mój mąż. Nasze zakupy są zazwyczaj totalnie przemyślane, przeanalizowane, przekalkulowane, rozliczone. Nie ma tu miejsca na emocje i uniesienia, nawet gdy kupujemy coś wyłącznie dla przyjemności… Ma to jeden ogromny plus – nasze zakupy są w 99,99% udane.

Ostatnio jednak zaczęliśmy patrzeć na nasze konsumenckie schematy i przyzwyczajenia nieco inaczej. Zaczęło nas bardziej interesować, czy produkt jest polski, czy sprzedaje go ktoś ze Szczecina.

Choć w ciągu ostatnich kilku tygodni nie robiliśmy żadnych znaczących rowerowych zakupów, to jednak latem darowaliśmy sobie sakwy Ortlieb i kupiliśmy polskie Crosso. Jeśli przyjdzie nam do głowy zmieniać rowery, to pewnie też ograniczymy poszukiwania do polskich marek.

Oczywiście, samo pochodzenie nie jest kluczowe – wciąż liczą się też inne cechy, jak wytrzymałość, design, czy cena – ale czasem warto nawet troszkę (!) dopłacić, żeby wesprzeć swojego, zwłaszcza jeśli produkt ma też inne zalety.

Mam rację, czy to nepotyzm? :)

Zapraszam wszystkich na tą stronę internetową, gdzie można znaleźć całkiem sporą listę polskich marek rowerowych.

Weźmiesz ją pod uwagę przy najbliższych zakupach?

Pozdrawiam,

A.

PS. Mój ostatni faworyt to ta damka. Wyprodukowana przez firmę z Gdańska i w moim aktualnie ulubionym kolorze – nie musi mieć kompleksów, prawda?

damka w sam raz dla damy holymoly lady

fot. ze strony cremecycles.com