Wrocław leży nad Odrą

wrocław rowerem

W zeszły weekend wybraliśmy się na wycieczkę do Wrocławia. Pojechaliśmy samochodem, ale oczywiście zabraliśmy rowery. Tym razem mieszczuchy, ponieważ zamierzaliśmy zwiedzać… miasto.

DSCF8408

Wcześniej nigdy nie byłam we Wrocławiu, ale zawsze chciałam zobaczyć miasto, które – tak jak Szczecin – stało się częścią Polski przez przypadek i tak naprawdę całkiem niedawno (traktat ostatecznie potwierdzający przebieg zachodniej granicy Polski został podpisany dopiero w latach 90-tych i szczecinianie wciąż nadrabiają czterdzieści lat wynikających z tego opóźnień).

Ciekawa byłam, co spowodowało, że Wrocław uważa się za metropolię, a Szczecin za koniec świata…

Ale najpierw szybka relacja.

W sobotę pogoda była fantastyczna!

wycieczka rowerowa po wrocławiu

W niedzielę już gorzej…

Wrocław rowerem

Prawdę mówiąc w niedzielę przed południem zmarzliśmy jak cholera, a musieliśmy ruszyć się z hotelu z samego rana, bo na 9:00 mieliśmy kupione bilety na Panoramę Racławicką.

wrocław na rowerze

Zadziwiające, jak do pewnych rzeczy się dorasta. Panoramę widziałam jako dziecko i wydała mi się zwyczajnie nudna, a teraz byliśmy zachwyceni. Nie ma to jak osiągnąć efekt niemal 3D bez komputera, ba, nawet bez prądu.

Centrum Miasta, a także okolice naszego hotelu (pokój trochę jak w ośrodku kolonijnym, ale wokół mnóóóóóstwo zieleni i dobre śniadanie), bardzo mi się podobały. Nie muszę chyba mówić, że zabytki robią wrażenie, mosty i mosteczki są urocze, a infrastruktura rowerowa… no powiem tylko, że zzieleniałam z zazdrości (a do tego kolejne rowerowe projekty wygrały w głosowaniu na wrocławski budżet obywatelski!).

Zwiedzanie Wrocławia rowerem to czysta przyjemność, choć już w czasie dwóch pierwszych godzin mało nie wpadłam pod samochód i nie rozjechałam innej rowerzystki (ale to normalne po 5 godzinach w samochodzie).

Wrocławska starówka podobała mi się chyba bardziej niż krakowska. Jest tu więcej architektury, która tak mi się podoba w Szczecinie (a której my niestety mamy jak na lekarstwo).

Mała jeździła cały czas z nami w foteliku. Najbardziej podobała się jej fontanna na Rynku, a najnajbardziej to, że – w przeszywająco zimną niedzielę – można tam było zmoczyć sobie całe ubranie lodowatą wodą!

wrocław na rowerze i z dzieckiem

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

A wracając do mojego celu badawczego, o którym wspomniałam na początku?

No cóż, w dwa dni, kręcąc się wyłącznie w obrębie ścisłego centrum, nie byłam w stanie znaleźć pełnej odpowiedzi. Podsumować te przemyślenia mogę tylko jednym stwierdzeniem:

Wrocław – w przeciwieństwie do Szczecina – leży nad Odrą!

Natomiast w Szczecinie rzeka służy wyłącznie oddzieleniu się jednej części miasta od drugiej.

Nie mieliśmy wpływu na totalne zburzenie miasta w czasie wojny i jego równie totalne zagrabienie przez armię radziecką. Nie mieliśmy wpływu na to, że przenoszone ze wschodu ośrodki naukowe do nas nie dotarły. Nie mieliśmy wpływu na fatalne traktowanie Szczecina przez władze ludowe.

Mamy wpływ na to, co jest tu i teraz. I uważam, że naszym obowiązkiem jest oddać Odrę szczecinianom.

Zrobiono w tym kierunku już pewne kroki, ale same Bulwary to za mało (choć tak cudownie pachnie na nich czekoladą).

Czekam aż ktoś wreszcie wpadnie na pomysł, co zrobić ze „szczecińską Wenecją” i uważam, że władze miasta powinny zabiegać o pozyskanie w tym zakresie inwestora.

Czekam na zagospodarowanie wysp i wysepek znajdujących się pomiędzy prawym a lewym brzegiem.

Czekam na wyciszenie ruchu samochodowego w centrum miasta, aby należało do mieszkańców, a nie przypominało lotnisko czy autostradę.

Czekam na swobodną możliwość pływania i cumowania jachtów, łódek, a nawet kajaków przy Wałach Chrobrego.

Czekam aż ul. Jana z Kolna przestanie być przepaścią, przez którą piesi nie są w stanie przedostać się nad rzekę, bez ryzykowania utraty życia.

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Podsumowując, polecam Wrocław na rowerowy weekend.

Pozdrawiam,

A.

DIY: rowerowa torba + grafika do ściągnięcia i przetransferowania

dama na damce jesiennie

Planowałam to od dłuższego czasu i nawet o tym pisałam w poście o… rowerowej torbie.

Ani grafika ani sama torba nie są jeszcze doskonałe, ale pierwsze koty za płoty…

Jak się nie spróbuje, to się nie będzie miało!

W zamyśle torba miała być uszyta przeze mnie od podstaw, ale to się nie kalkuluje ani finansowo, ani czasowo (zwłaszcza jeśli maszynę trzeba przynieść specjalnie na tą okazję z garażu). Oczywiście można uszyć samemu, bo to tak proste, że pewnie i ja bym dała radę… Mam nadzieję…

Ja jednak obie torby kupiłam – jedną w sklepie dla plastyków (7 zł.), a drugą w Empiku (po przecenie 8-10 zł., nie pamiętam dokładnie; ale dużo porządniejsza, tylko kolor słaby, a właściwie za mocny :)).

rowerowa torba 3Kupiłam (też w sklepie dla plastyków) papier do naprasowywania na tkaninę wydruków z drukarek atramentowych, bo akurat taką drukarkę miałam pod ręką.

torba rowerowa papier do naprasowywaniaTeraz mam już drukarkę laserową, więc chyba następnym razem skorzystam z innej metody – z acetonu. Jest to tańsze (ok. 10 zł. za całą butlę), ale organizacyjnie nieco trudniejsze, bo śmierdzi i szkodzi! Nie strzeli sobie człowiek takiej kalkomanii jednocześnie mieszając zupę – trzeba zrobić sobie warsztat gdzieś na świeżym powietrzu. Po szczegóły zapraszam tutaj.

W międzyczasie zrobiłam grafikę. Do tego celu użyłam – wybaczcie wszyscy zawodowi graficy, że tak kalam Waszą profesję – MS Word, Paita, skanera, flamastra, ołówka i innych narzędzi o subtelności szpadla. Jeśli chcesz sama sobie coś takiego zaprojektować to pamiętaj o lustrzanym odbiciu – można to zrobić np. w Paincie lub już na etapie drukowania w ustawieniach drukarki.

rowerowa torba 1Taki wzór do wydruku możesz znaleźć tutaj.

Po wydrukowaniu na papierze do transferu, naprasowałam grafikę na torbę i o mały włos nie puściłam jej z dymem :) To chyba nie była czysta bawełna, bo źle zniosła temperaturę, ups…

Na zdjęciu nawet trochę widać przypalone…

rowerowa torba DIY Na żółtej torbie wzór wyszedł lepiej (no i sama torba lepiej zniosła przypalanie), ale z kolei papier nie chciał się odlepić. Masakra!

rowerowa torba 4A efekt końcowy prezentuje się następująco, ta dam: rowerowa torba made by damanadamceI jakie ma bajeranckie logo:

logo dama na damce

Podsumowując:

  • Koszt torby i arkusza papieru – ok. 12-15 zł. (w ilościach bardziej hurtowych można – i torbę i papier – zamówić na allegro i wtedy jednostkowy koszt można znacznie obniżyć, ale przy jednej, dwóch torbach nie opłaca się);
  • Następnym razem spróbuję chyba z tym acetonem, ale muszę gdzieś ukryć rodzinę, żeby mi się nie potruła od oparów;
  • Taka „siatka” to idealne narzędzie dla takiego nomada jak ja, który chodzi wiecznie objuczony tobołkami, ale nienawidzi plastikowych reklamówek;
  • No idealnie nie wyszło, to prawda, ale i tak jestem z siebie dumna – grunt to się nie zrażać!

A jak tam Twoje robótki ręczne?

A.

Jak wybrać najlepszą trasę?

Oczywiście chodzi mi o trasę rowerową, ale nie turystyczną, ale w mieście z punktu A do punktu B, czyli np. z pracy do domu lub z domu do urzędu.

jaką trasą jechać na rowerze do pracy

Otóż moje doświadczenie wskazuje, że najkrótsza droga nie zawsze jest najlepsza.

Zresztą to żadna nowość – z tego samego powodu buduje się przecież obwodnice i autostrady.

Jeśli nie jesteś kurierem rowerowym – który i tak wszędzie się wciśnie, któremu zależy głównie na czasie, a z natury i tak jest ryzykantem – to pewnie zechcesz wybrać trasę, która będzie najbezpieczniejsza, najłatwiejsza i najprzyjemniejsza. W końcu po co się umęczać jeszcze na rowerze – życie samo w sobie i tak jest ciężkie.

Ja osobiście wybierając trasę, którą będę jechać, biorę pod uwagę:

  • czy jest tak droga dla rowerów/pas dla rowerów/kontrapas lub inne ustrojstwo przeznaczone specjalnie dla mnie (na to, że uda się nam pokonać całą drogę po drodze dla rowerów, nie ma co liczyć),
  • czy jezdnia jest wyłożona kocimi łbami (no chyba jasne, co mam na myśli…),
  • czy chodnik jest mocno zaludniony (czasem po chodniku jest po prostu lepiej i bezpieczniej, ale tylko gdy jest na nim mało pieszych),
  • czy będę często wyjeżdżała z podporządkowanej,
  • czy skrzyżowania są bardzo duże i ruchliwe (np. czy nie trzeba skręcić w lewo przez trzy pasy pełne pędzących samochodów),
  • czy tam jest ładnie (np. przez park lub wśród zabytków),
  • czy jest pod górkę (w dół wiadomo zawsze jakoś pójdzie, ale w drugą stronę czasem lepiej wybrać dłuższy i łagodniejszy podjazd),

A tutaj szczeciński przykład:

Jak wybrać najlepszą trasę do pracy lub sklepu?

Czerwona trasa jest krótsza i – pozornie – prostsza.

Ale za to zielona jest prawie cała po drodze dla rowerów, przez bardzo ładną aleję, po drodze jest tylko jedno większe skrzyżowanie i jedno rondo, które dla rowerzysty zazwyczaj nie stanowi żadnego problemu, a ostatni odcinek można pokonać chodnikiem, po którym i tak nikt inny nie chodzi. Bułka z masłem!

Z tych samych powodów z naszego poprzedniego mieszkania  jechałam do pracy zupełnie inną trasą niż w drugą stronę, choć teoretycznie nie powinno być różnicy. A jednak…

Tak więc jeśli jesteś początkująca, najpierw przemyśl trasę, którą zamierzasz jechać i upewnij się, że jest optymalna.

A jeśli jesteś zupełnie zielona, to jeszcze ją przetestuj w weekend, zanim ruszysz do pracy w garsonce i na obcasach :)

Pozdrawiam,

A.

Szał na DIY

dama na damce jesiennie

Jesień przyszła i choć w naszym regionie można ja wciąż nazwać „złotą”, to jest już chłodno i coraz wcześniej robi się ciemno.

Jeszcze tak niedawno podczas porannego joggingu było mi za gorąco, a dziś rano, gdy wychodziłam z domu o 6:10 było tylko 8 st. C. i w dodatku ciemnica.

Już wkrótce, pfu, już (!) spędzamy długie wieczory w domu (zwłaszcza że Mała jest podziębiona i wcześniej ją kładziemy spać, żeby się regenerowała). Czas zaplanować robotę na te wieczory.

Zeszły sezon jesienno-zimowy – choć nie jestem żadną artystką – spędzałam bardzo kreatywnie.

O tak:

Zrobiłam jesienne ozdoby na stół na urodzinowe przyjęcie Małej. Włożyłam do nich sztućce (bo był bufet) i serwetki.

ozdoby na jesienny stół lub biurko DIYOzdobiłam notesy kartkami ze starego kalendarza z obrazami Klimta (mojego ulubionego malarza).

ozdobne notesy DIY ze starego kalendarzaZrobiłam sobie wreszcie rowerową torbę z grafiką mojego projektu, a nawet dwie torby, choć żadna z nich do końca nie wyszła.

rowerowa torba DIYPomalowałam lampę w pokoju Małej, żeby pasowała do marynarskiego wystroju jej pokoju. A poza tym uwielbiam akwarele!

akwarelowa lampa DIYTrochę malowałam… Tez akwarelami…

akwarele w jesienne wieczoryI takie tam…

O planach na nadchodzący sezon napiszę wkrótce, a poza tym będzie post, jak zrobić rowerową torbę, jak na zdjęciu powyżej.

A tak z nowości, to dostałam super prezent azjatyckiego pochodzenia (nie, nie z Chin). torba na butyPrzezroczystą torbę do noszenia butów na zmianę. Idzie chłód i słota, więc będzie „jak znalazł”, bo będę latać po mieście w kozakach.

torba na buty 2

Tymczasem pozdrawiam,

AKN

 

 

 

 

 

Urlop 2014: znów na poważnie…

rowerowe wakacje

No dziś to naprawdę pojechałam po bandzie, ale tak błaha sprawa jak urlop może skłonić do naprawdę poważnej i szerokiej refleksji…

Gdy pytani o plany wakacyjne, mówiliśmy, że zabieramy Małą w przyczepce na pięciodniową wycieczkę rowerową, u naszych rozmówców pojawiał się na twarzy lekki grymas i zaraz potem padało pytanie: A co na to dziecko?

W tym momencie grymas pojawiał się z kolei na mojej twarzy. Nie wiem, nie pytałam – odpowiadałam.

Moja pierwsza myśl była za każdym razem taka sama: A niby dlaczego miałaby mieć coś przeciwko? Przecież nie skaczemy z nią na bangee! Ba, nie jedziemy nawet w szczególnie odludne czy niecywilizowane miejsce, w końcu Saksonia to nie żadna dżungla… Co jest takiego zaskakującego w naszym doborze rozrywek i co jest takiego dziwnego w tym, że „rozrywamy się” razem z dzieckiem?

Wyjdę pewnie na wyrodną matkę, ale naprawdę nigdy (no dobra to nigdy ma ledwie dwa lata) nie przyszło mi do głowy, żeby się zastanawiać, czy Mała będzie lubiła to, co mamy jej do zaoferowania.

Po prostu uważam, że rodzice są po to, żeby swoim dzieciom pewne rzeczy zaprogramować, narzucić. Tak, precyzyjnie się wyraziłam: mam na myśli autorytatywne narzucanie dziecku przez rodzica tego, co jest dobre, normalne, sprawiedliwe, a nawet fajne…

No bo niby skąd dziecko ma to wiedzieć samo…

To rodzice są od tego, żeby pokazać, jak wartościowo spędzać czas, jeść nożem i widelcem, jakie książki czytać, jak wydawać pieniądze, w co wierzyć, jak odnosić się do innych. To zadanie rodziców, żeby dziecku zaproponować  (i uczynić naturalnym) styl życia, światopogląd czy religię. A nawet coś tak błahego jak środek transportu… To rodzice są impulsem, to rodzice wychowują (czytaj: kształtują) swoje dziecko.

Nasza Mała nie ma egzystencjalnych „rozkmin” na temat wakacji w siodle. Dla niej świat po prostu taki jest, że się jeździ na rowerze. Dla niej to jest obiektywna rzeczywistość, a nie jakiś pogląd czy możliwość.

Dotyczy to tak naprawdę każdego aspektu życia – od wyboru wyznania po ulubiony kolor.

Oczywiście, gdy będzie starsza – mając w głowie to, co tam włożyliśmy jako rodzice – być może zechce wybrać inny kierunek. Ale na pewno nigdy nie pozostanie bez sposobów, wzorców, zasad i autorytetów, do których w razie czego będzie się mogła odwołać lub które świadomie (bo świadoma ich istnienia, a nie z ignorancji) odrzuci.

Uważam, że – tak modne obecnie – pozostawianie dzieciom wolnego wyboru, np. co do tego, w co mają wierzyć (i czym jeździć :)), jest wobec nich nie fair, bo zabiera im twarde oparcie dla ich dalszych kroków i rzuca je w świat, w którym nie ma zasad, w którym nic nie jest pewne, który jest chaosem…

Wiem o tym, bo sama jestem przecież czyimś dzieckiem, i – choć nie we wszystkim się zgadzam z moimi rodzicami – to jednak nauczyli mnie zasad poruszania się po świecie i do tej wiedzy często się dowołuję.

Pozdrawiam,

A.