Teneryfa bez roweru – parę przydatnych informacji

Dama na teneryfie 2

Tym razem nie jeździliśmy na rowerach, ale wyspa ma tyle do zaoferowania, że i bez rowerów może być super!

Wyspy Kanaryjskie to absolutnie standardowa turystyczna „destynacja” (przepraszam za to słowo) – turystyka wytwarza podobno około 60% PKB Teneryfy. Nie trzeba mieć ani krztyny polotu, żeby tam wylądować. Łatwo się tam dostać, pełno tam hoteli i udogodnień dla turystów. W związku z tym ktoś może się pod nosem uśmiechnąć z pogardą, gdy piszę tu o niej z takim entuzjazmem, ale w moim odczuciu każdy Polak doceni, że Teneryfa zapewnia coś, czego się w Polsce nie uraczy nawet w przybliżeniu.

NA TENERYFIE I MORZE I GÓRY SĄ W ZASIĘGU RĘKI. JEDNOCZEŚNIE!

I to nie byle jakie morze, lecz sam Atlantyk, i nie jakieś tam pagórki, lecz nastajaszczy wulkan o wysokości niemal 4000 m. n.p.m. Oddalone od siebie o niecałe 30 km i stale widoczne – jedno z drugiego.

Teneryfa jest po prostu piękna ze swej natury, dzięki przyrodzie i klimatowi. I jeśli tylko ominiesz szerokim łukiem turystyczne zagłębie w południowo-zachodniej części wyspy, to nie odczujesz ani tłoku, ani kiczu, ani natarczywych sprzedawców.

My mieszkaliśmy w Puerto de Santiago na zachodzie wyspy, dokładnie w połowie, i tą lokalizację gorąco polecam wszystkim, którzy chcą sobie zagwarantować słoneczną pogodę (z jednej strony) i łatwy dostęp do wszystkich innych ciekawych miejsc na wyspie (z drugiej).

Hotel miał trzy gwiazdki i jego standard w pełni odpowiadał tej klasyfikacji. Było w nim też mnóstwo Polaków, więc nie wolno było przeklinać, obgadywać i obrzucać złośliwymi uwagami, bo w pobliżu na pewno był ktoś, kto rozumiał… Wykupiliśmy opcję HB (śniadanie i obiadokolacje), bo sprawdziła się poprzednim razem, ale teraz to nie było optymalne rozwiązanie – lepiej sprawdziłyby się same śniadania.

Co do obiadów: Jeśli chcesz zjeść tanio – to lepiej pojedź do Lidla i kup sobie makaron oraz pesto i zrób szybki obiad w pokoju (mieliśmy aneks kuchenny), a jeśli chcesz zjeść dobrze – to po prostu pójdź do jednej z wielu lokalnych knajpek i zamów wielki talerz owoców morza. A jeśli chcesz po środku – to wybierz opcję mieszaną – trochę samodzielnie, trochę w restauracji (tą wersję polecam). Po prostu hotelowe obiady… no cóż… szału nie było…

Jeśli chodzi o zwiedzanie, to najlepiej wynająć samochód (koniecznie mały) i jeździć na własną rękę. Koszt samochodu wyniósł 132 euro za 4 dni (w tym foteli dziecięcy). Paliwo tańsze niż u nas, a odległości niewielkie.

Co konkretnie widzieliśmy, napiszę innym razem, bo jeśli będę czekać, aż znajdę na to czas, to nic nie opublikuję…

Tymczasem pozdrawiam,

A.

Urlop! Urlop! Urlop!

Jeszcze wczoraj nie było wiadomo, a dziś już wiem, że w sobotę (skoro świt) ruszamy na urlop!

Prawdziwe last minute.

Nie będzie nas tydzień. Lecimy na Teneryfę.

Bierzemy absolutnie standardową wycieczkę – nie będziemy podróżnikami, lecz zwykłymi – tfu! -turystami.

Na Teneryfie już byliśmy i wolałabym zobaczyć Gran Canarię, ale w tym jedynym możliwym terminie mogłam wybierać pomiędzy T. a Fuerteventurą. Ponieważ leżenie na plaży nie jest dla nas, wybraliśmy jednak większą wyspę, która oferuje więcej atrakcji – np. wulkan.

W planie mamy i rowery, i wycieczki samochodowe. Dam znać, jak było, a tymczasem opowiem, jak było na naszej poprzedniej wycieczce na T. w 2012 r.

teneryfa rower 2

Też decyzję podjęliśmy w ostatniej chwili i wzięliśmy pierwszą z brzegu wycieczkę bez wnikania w szczegóły oferty. Cena nie zawsze jest wyznacznikiem jakości usług hotelowych – dokładnie ta sama wycieczka kosztowałaby nas tydzień później o 1.000 zł. od osoby więcej, a obejmowałaby ten sam hotel nad samym oceanem (który jednak lata swej świetności ma już za sobą), towarzystwo tych samych Niemców z robotniczych rodzin, tą samą obsługę, która na każdą prośbę odpowiadała „Maniana„, tą samą, doskonałą pogodę (to było południe wyspy, czyli warunki pustynne), to samo stołówkowe jedzenie.

teneryfa na rowerzeJeszcze w Polsce zarezerwowaliśmy rowery w lokalnej wypożyczalni – trochę na pałę mąż zamówił górale (w końcu na teneryfie są góry – proste wnioskowanie), co było błędem, bo nie przygotowaliśmy się „merytorycznie” pod kątem tras. Na miejscu zmieniliśmy górale na trekingi i korzystaliśmy z dróg asfaltowych, które były mało uczęszczane przez samochody.

Z domu wzięliśmy rowerowe ciuchy, kaski i nasze pedały, żeby pasowały do butów. Co wieczór zostawialiśmy rowery w wypożyczalni, a rano były gotowe znowu do drogi, nawet jeśli dzień wcześniej złapaliśmy kapcia. Dodam tylko, że w takiej sytuacji płaciliśmy tylko 2,5 euro za dętkę.

W ten sposób niemal dzień w dzień dostawaliśmy się z wysokości 0 m n.p.m. na 1000-1800 m n.p.m. Wciąż jednak uważam, że to niesprawiedliwe, że pod górę jechaliśmy cały dzień, a zjazd w dół zajmował nam max. 40 minut :(

teneryfa na rowerzeSkupiliśmy się na jeździe po południowej, pustynnej części wyspy, która była bardzo nielicznie zaludniona aż do lat 70-tych XX wieku, kiedy to zaczęto rozwijać tu infrastrukturę turystyczną. Na południu wszystko jest sztuczne i skierowanej wyłącznie do turystów. Za pierwszym razem było to ciekawe, ale wystarczy – tym razem celujemy w zwiedzanie północy, która jest zasadniczo odmienna klimatycznie i krajobrazowo (niestety jest też bardziej deszczowa).

teneryfa na rowerzeKorzystanie z tamtejszego jedzenia, w szczególności z owoców morza to obowiązek każdego turysty.teneryfa na rowerzeNasz plan dnia wyglądał dość prosto i – z pozoru – monotonnie: pobudka – śniadanie (po komin) – rower – kolacja (najpierw talerz warzyw, dopiero potem inne rzeczy – gdybym robiła odwrotnie, nie zjadłabym ani marcheweczki – bufet ma jednak swoje wady) – kąpiel w oceanie – spać.

Pamiętam, że bardzoooooo potrzebowałam wówczas tego urlopu i bardzo dobrze mi zrobił, więc polecam każdemu, kto musi oderwać się od rzeczywistości. Szczególnie zimą, gdy u nas zimno, a tam panują idealne temperatury – między 20 a 25 st. C.

Pozdrawiam,

A.

Promuj polskie, wspieraj lokalne

dama chce kupować lokalnie|Dama na damce

Ktoś tak praktyczny i stąpający tak twardo po ziemi jak ja, robiąc zakupy rzadko kieruje się sentymentem. Podobnie mój mąż. Nasze zakupy są zazwyczaj totalnie przemyślane, przeanalizowane, przekalkulowane, rozliczone. Nie ma tu miejsca na emocje i uniesienia, nawet gdy kupujemy coś wyłącznie dla przyjemności… Ma to jeden ogromny plus – nasze zakupy są w 99,99% udane.

Ostatnio jednak zaczęliśmy patrzeć na nasze konsumenckie schematy i przyzwyczajenia nieco inaczej. Zaczęło nas bardziej interesować, czy produkt jest polski, czy sprzedaje go ktoś ze Szczecina.

Choć w ciągu ostatnich kilku tygodni nie robiliśmy żadnych znaczących rowerowych zakupów, to jednak latem darowaliśmy sobie sakwy Ortlieb i kupiliśmy polskie Crosso. Jeśli przyjdzie nam do głowy zmieniać rowery, to pewnie też ograniczymy poszukiwania do polskich marek.

Oczywiście, samo pochodzenie nie jest kluczowe – wciąż liczą się też inne cechy, jak wytrzymałość, design, czy cena – ale czasem warto nawet troszkę (!) dopłacić, żeby wesprzeć swojego, zwłaszcza jeśli produkt ma też inne zalety.

Mam rację, czy to nepotyzm? :)

Zapraszam wszystkich na tą stronę internetową, gdzie można znaleźć całkiem sporą listę polskich marek rowerowych.

Weźmiesz ją pod uwagę przy najbliższych zakupach?

Pozdrawiam,

A.

PS. Mój ostatni faworyt to ta damka. Wyprodukowana przez firmę z Gdańska i w moim aktualnie ulubionym kolorze – nie musi mieć kompleksów, prawda?

damka w sam raz dla damy holymoly lady

fot. ze strony cremecycles.com

Życie kołem się toczy! A także oponą i dętką…

rower miejski rozmiar kół

Mój rower miejski z pewnością nie jest gwiazdą…

To nie supermodna Electra, nie Gazelle, nawet nie nasze swojskie Tempo Krossa. Nie zadam nim szyku na bulwarze, nie obfotografują mnie paparazzi, nie zostanę trend-setterką…

To najtańszy rower miejski, jaki był na rynku, gdy go kupowałam. Miał też być najprostszy…

I tu chyba nie do końca mi wyszło :(

Owszem, nie ma przerzutek, a oprócz dynamo (które i tak się zepsuło) nie ma ANI JEDNEGO bajeru. No chyba, że liczyć hamulec ręczny, ale czy to bajer… Czyli wszystko tak, jak chciałam, tak? No teoretycznie tak, ale…

Kupując go, zupełnie nie przyszło mi do głowy, żeby sprawdzić rozmiar kół, a w konsekwencji również opon i dętek…

Też byłaś przekonana, że koło może być 26 albo 28 cali i basta?

Otóż, nie…

Koło/opona może mieć też rozmiar, UWAGA, 26-1 i 3/8, 37-590, przy wentylach presto.

Dlaczego to problem? Ano:

  • takie dętki i opony ciężej dostać i nie ma zbyt dużego wyboru koloru, czy nawet „traktora” opony;
  • jak już trafisz na dętki w odpowiednim rozmiarze, to mogą mieć nie właściwe wentyle – rowerowe lub samochodowe;
  • w serwisie rowerowym pewnie takich w ogóle nie mają, więc gdy niespodziewanie złapiesz gumę w środku miasta, będąc na obcasach i kremowym prochowcu, a na dodatek nie będziesz miała żadnego sprzętu rowerowego w swojej kopertówce, to Ci pewnie serwisant włoży dętkę 28, która wkrótce znowu trzaśnie (been there, done that);
  • może się też okazać, że nie sprawdzisz dokładnie rozmiaru Twojej opony i chcąc ją wymienić, wydasz przez przypadek 120 zł. na opony w niewłaściwym rozmiarze (to też już mam za sobą);

To oczywiście nie są nierozwiązywalne problemy, zwłaszcza w dobie internetu i – w moim przypadku – sklepu rowerowego przy ul. Piłsudskiego 16, ale to pewne utrudnienia, które będziesz musiała przezwyciężyć albo… rozwiercić (żeby dziurkę w obręczy koła dostosować do rowerowego lub samochodowego wentyla, musisz wziąć wiertarę i wiertło rozmiar 9, i po prostu ją rozwiercić).

W sumie tragedii nie ma, ale zwróć na to uwagę kupując rower i dokonaj bardziej świadomego wyboru niż ja.

A Ty masz jakieś doświadczenia w tym zakresie?

Pozdrawiam,

A.

PS. Może i najtańszy, ale w sumie całkiem ładny. Zwłaszcza pod słońce… :)

 

Przyszła zima!

spadł śnieg i dama zasuwa rowerem po sniegu

oryg. fot.: usplash.com

Zima ma już u nas chyba z tydzień.

Ostatnią niedzielę, która był nie tylko biała, ale i szalenie słoneczna, spędziliśmy w Świnoujściu na plaży. Trzygodzinny marsz po plaży, a potem zestaw powiększony w McDonald’s – wymarzona niedziela :)

Zima niestety utrudnia pewne rzeczy…

Choć nie zawaliło nas śniegiem i ulice, chodniki, ddr i inne takie wciąż są przejezdne, to… zamarzają mi klamki hamulców. Na pokrytej lodem nawierzchni to pewien problem…

Wczoraj za to dostałam opiernicz od taksówkarza – mistrza szos, że nie jadę pasem rowerowym. Bidulek – tak zestresowany faktem, że mnie omal nie najechał, gdy włączał się do ruchu – pomylił pas rowerowy z kontrapasem. Ups, drobna różnica…

Nie będę jednak narzekać, bo pogoda wciąż jest przyjemna, a większość użytkowników ruchu to jednak ludzie przychylni rowerzystom. Ostatnio naprawdę często spotykam się z wyrazami sympatii. Może to dla tego, że ludzie myślą, że bardzo cierpię na rowerze i mi współczują?

Niepotrzebnie, Szanowni Państwo, niepotrzebnie – zima na rowerze nie jest wcale gorsza od odśnieżania samochodu i marznięcia na przystanku. Zapewniam!

Nie trzeba się ani specjalnie ubierać, ani mieć zimowych opon, ani gogli, choć – co sprawdziłam – rzęsy lepiej pomalować tuszem, jak już się dojedzie na miejsce. Ostatnio, jak mi sypał śnieg w twarz, tusz odbił mi się tak na skórze, że wyglądałam, jakbym miała przyfastrygowane oko :)

No dobra, przyda się też pokrowiec na siodełko i stara reklamówka, którą wkładam do koszyka, a jak na nią napada deszcz lub śnieg, to ją po prostu odwracam i torbę wrzucam już na suchą powierzchnię. Szczerze mówiąc, moja reklamówka nie wygląda specjalnie szykownie, ale może w poniedziałek włożę jakąś mniej dyskontową i będzie trochę lepiej :)

Tymczasem pozdrawiam,

A.

PS. A ten weekend spędzamy na Pojezierzu Drawskim! Hurra!