Rowerzyści kontra reszta świata

czy między rowerzystami a kierowcami toczy się wojna

Tytuł jest nieco przewrotny, bo tak naprawdę ja osobiście nie dostrzegam linii frontu między rowerzystami a kimkolwiek innym.

Oczywiście, dużo słyszę o wzajemnej niechęci rowerzystów do kierowców i vice versa, ale osobiście jej nie doświadczam.

Nie znaczy to, że mnie kierowcy nie denerwują czasem. Owszem potrafię się wkurzyć i to bardzo, i wówczas z dobrze wychowanej panienki zamieniam się w wiedźmę (mój mąż twierdzi, że ciężko mnie zdenerwować, ale jak już się komuś uda, to biada mu – nie, nie nie krzyczę, nie wyzywam, ale tak mi jakość wychodzi, że delikwent czym prędzej oddala się w celu popełnienia samobójstwa). Ale to nie ma nic wspólnego z tym, że jestem rowerzystką, a ktoś inny kierowcą, bo gamoń za kierownicą zdenerwuje mnie tak samo, gdy jadę samochodem, rowerem, idę piechotą, a nawet patrzę z okna. Sama nie jestem doskonałym kierowcą, więc i tak mam sporo wyrozumiałości, ale świadomość, że czyjaś głupota czy buta może zabić mnie lub kogoś mi bliskiego, bardzo mnie obciąża psychicznie.

Ale to są właściwie wyjątkowe sytuacje. Tak naprawdę, nie mam większych problemów z kierowcami. Nie odczuwam wrogości, ani skierowanej do mnie, ani w drugą stronę. Kierowcy często ustępują mi pierwszeństwa, przepuszczają mnie, uśmiechają się – nawet, gdy ja sama zrobię coś głupiego, albo się zagapię, albo coś…

Wydaje mi się, że jest to efekt mojego stosunku do innych, pozytywnego nastawienia do ludzi w ogóle. Ode mnie każdy „na dzień dobry” dostaje 10 punktów, każdy jest obdarzany zaufaniem i szacunkiem, cudze błędy oceniam dość wyrozumiale i nawet, gdy mnie zdenerwują, to wystarczy „przepraszam” i jestem rozbrojona. Wychodzę z założenia, że drobne głupoty zdarzają się każdemu, wystarczy umieć się zachować „po”.

czy między rowerzystami a pieszymi jest wojna?

Tak samo jest z pieszymi, a miejsca na konfrontację jest sporo, bo dość często jeżdżę po chodnikach.

Wyznają jednak podstawową zasadę:

Pieszy na chodniku jest PANEM, ma mu być wygodnie i ma się czuć bezpiecznie. Jeśli to oznacza, że muszę się snuć za babcią z wózeczkiem przez następny kilometr, to trudno…

Właśnie dlatego, jeśli wydaje mi się, że jadąc po chodniku kogoś przestraszyłam, zawsze dość wylewnie przepraszam. Jeśli chciałabym kogoś wyprzedzić, robię to tylko, jeśli to nie jest dla niego zbyt duży problem – zwykle daję sobie spokój właśnie przy starszych (zwłaszcza z siatami), ludziach z wózkami, itp.

Nawet gdy ktoś idzie drogą dla rowerów, staram się nie być brutalna, zwłaszcza że bardzo często to efekt zagapienia się (wtedy przepraszają i szybko uciekają) albo braku chodnika (wtedy też przepraszają i starają się jak najmniej przeszkadzać).

I muszę powiedzieć, że ta polityka procentuje. Przez lata jazdy na rowerze miałam naprawdę niewiele sytuacji, gdy ktoś zareagował na mnie agresją (może dwie…). Piesi chętnie ustępują pierwszeństwa i dają się wyprzedzić (oczywiście trzeba wtedy podziękować), zazwyczaj nawet wtedy, gdy sami muszą się specjalnie zatrzymać lub nadłożyć drogi. Zwykle konfrontacja z pieszymi lub kierowcami (nawet, gdy to ja omal w kogoś nie wjadę) kończy się życzeniem sobie nawzajem miłego dnia.

Widocznie kultura osobista i uśmiech są w stanie wiele załatwić.

Wszystkim to polecam!

Pozdrawiam,

A.

Zdjęcia: unsplash.com

Rowerem przez dziewięć miesięcy

Scena z życia małżeńskiego:

- Misiu, nie oglądaj się teraz za innymi paniami…

- Dlaczego?

- Bo teraz jak jestem w ciąży, to za mną nikt się nie ogląda i jest mi przykro.

- Akurat. Jak jedziesz na rowerze z tym bebzonem, to wszyscy się za tobą oglądają!

No cóż, nie mam złudzeń, że mężczyźni, nawet Ci super oddani swym żonom, oglądają się za innymi kobietami, zwłaszcza latem (bo więcej widać). Zresztą, mamy z mężem podobny gust i zwykle oglądamy się za tym samym.

Ale nie chciałam pisać o męskich fascynacjach i mojej wyrozumiałości wobec nich, lecz o jeżdżeniu na rowerze „z bebzonem” (jak to ujął wówczas mój mąż, mistrz delikatności, wyrozumiałości i empatii).

Tak się jakoś zdarzyło, że ostatnio temat ciąży na rowerze wrócił i chciałabym opisać kilka moich doświadczeń z tego okresu.

fot. Marta Chołota

fot. Marta Chołota

1.

Moja lekarka zapytana przeze mnie, czy mogę jeździć w ciąży, powiedziała, że nie. Nic nowego, pisze o tym cały internet. Ale ponieważ wiedziałam swoje, to zapytałam „dlaczego?” i to pytanie okazało się kluczowe. Odpowiedź brzmiała: z powodu ryzyka urazów, po prostu mogę się wywalić lub ktoś może na mnie wjechać. Nie dlatego, że jest to z jakichś medycznych przyczyn zabronione w moim przypadku.

To ważna wiadomość i też o to zapytaj. Pamiętaj też, że lekarz ma obowiązek poinformować Cię o ryzyku, ale decyzja należy do Ciebie – Twoje dziecko, Twój brzuch, Twoja odpowiedzialność. Ja podjęłam to ryzyko, bo wydawało mi się niewielkie w porównaniu z korzyściami, jakie były do zgarnięcia.

Biorąc pod uwagę, że Mała jest już nie tylko urodzona, ale i całkiem odchowana, mogę powiedzieć, że była to decyzja dobra – nie zdarzył mi się żaden wypadek, a najniebezpieczniejsze zdarzenie z ciąży wcale nie miało związku z rowerem tylko z… ubieraniem majtek, czyli czymś z definicji raczej bezpiecznym (zahaczyłam o nie nogą i o mały włos nie wyrżnęłam głową w kafle w łazience).

2.

Dlaczego zdecydowałam się jednak dalej jeździć?

Po pierwsze, dziewięć miesięcy bez roweru wydawało mi się czymś nie do przeskoczenia.

Po drugie, na rowerze jest lżej i szybciej. Właściwie to zorientowałam się, że jestem w ciąży, bo nagle, niemal z dnia na dzień, zrobiłam się powolna, ociężała i słaba, nogi kleiły mi się do chodnika, torba ciążyła na ramieniu. Była akurat dość konkretna zima i nie jeździłam na rowerze, tylko chodziłam na piechotę. Strasznie było mi przez ten pierwszy miesiąc ciężko. Na szczęście w marcu śnieg stopniał, więc ja wrzuciłam teczkę do koszyka, a tyłek na siodełko i mogłam w miarę sprawnie i bez wysiłku poruszać się po mieście.

Po trzecie, jakoś w tej ciąży ruszać się trzeba, bo to zdrowe. No to czemu nie pojeździć na rowerze – taki fajny sport…

3.

Jak to robiłam? Pomału.

na rowerze w ciąży

Choć – jak wiesz – nie jestem wyczynowcem, to nie oszukujmy się – nawet ja musiałam zwolnić. Jeżdżenie po wertepach czy piaszczystych drogach stało się zdecydowanie nieprzyjemne (nie niebezpieczne, lecz po prostu mało fajne), więc wybierałam raczej tradycyjne drogi dla rowerów.

Zmieniłam pedały i buty na takie bez SPD. Zwłaszcza, że wtedy nie byłam jeszcze tak biegła w wypinaniu się z nich i ewentualna utrata równowagi mogła się skończyć plackiem na asfalcie. A tak zawsze zdążyłam zeskoczyć lub się podeprzeć.

Na wycieczkach – częste postoje, częste jedzenie. Maksymalnie do 50 km dziennie. Jeśli chodzi o częste jedzenie, to pełniło ono podwójną funkcję: Po pierwsze, oczywiście jadłam za dwóch, a po drugie jeździłam dość wolno i mojemu mężowi bardzo by się ze mną nudziło. A co to ma do jedzenia? No jak chłopu załadujesz dwie sakwy z parówkami w termosie, butelkami z napojami i kefirem, zastawą piknikową, sztućcami, ścierką, ręcznikiem i małym kocykiem, to skupi się na dźwiganiu tych 20 kg, a nie na pędzeniu do przodu, prawda?

4.

Itp.:

Pomimo ciąży mieliśmy rowerową wiosnę i lato. Byliśmy na Bornholmie i spędziliśmy większość weekendów w siodle, choć oczywiście dostosowaliśmy trasy do moich możliwości.

Jak nie mogłam gdzieś podjechać, to podchodziłam. A co! Jak nie kijem, to pałą. Ale nigdy nie robiłam nic na siłę.

na rowerze w ciąży

Nie wydaje mi się dobrym pomysłem zaczynanie rowerowego stylu życia dopiero po zajściu w ciążę. Najlepiej, żeby to była kontynuacja przygody, a nie wyruszanie w nową.

Oba moje rowery nadawały się do mojego stanu, bo pozwalały na zachowanie dość pionowej postawy. Kolarzówka chyba odpada, ale… W sumie miałam przez większość ciąży dość mały brzuch, więc…

Na ostatniej „wyprawie” byłam na początku dziewiątego miesiąca, ale to dlatego, że – z zupełnie innych przyczyn – nie chciałam urodzić przed końcem września, a wiadomo, że aktywność fizyczna przyspiesza takie sprawy.  W październiku planowałam wrócić do roweru, ale 1. przywykłam trochę do chodzenia, 2. przez ten ostatni miesiąc brzuch mi się już moooocno uwydatnił i trochę się bałam skokowej różnicy (gdybym jeździła cały czas, pewnie jakoś by to płynniej wyszło i nie miałabym obaw). Nie znaczy to, że się oszczędzałam – jeszcze w dzień porodu strzeliłam pięciogodzinny maraton po mieście w celu załatwienia „sprawunków” :)

Możesz też na ten temat poczytać tutaj:

http://roweroweporady.pl/czy-kobiety-w-ciazy-moga-jezdzic-na-rowerze/

http://ibikekrakow.com/2012/01/22/ciaza-na-rowerze/ (Dzięki temu wywiadowi dowiedziałam się, że nie jestem ufoludkiem, że inne też jeżdżą:))

http://krakow.gazeta.pl/krakow/1,44425,12004490,W_ciazy__a_jezdzi_na_rowerze__Czy_to_bezpieczne_.html

Ale pamiętaj, że Internet to nie wszystko, zapytaj lekarza, a potem samą siebie. No i może tatusia…

Pozdrawiam,

A.

Teneryfa bez roweru – co warto zobaczyć?

Teneryfa bez roweru

Miałam napisać, co konkretnie widzieliśmy, no to piszę…

Czarny piasek na plaży

teneryfa playa de la erena

Playa de la Arena, znajdująca się niecały kilometr od naszego hotelu, wyglądała jak negatyw „naszej” plaży. Pierwsze wrażenia ze stąpania po takim piasku nie były zbyt przyjemne, bo wydawał się po prostu brudny. Ale to minęło z chwilą, gdy zorientowałam się, że w istocie zachowuje się dokładnie tak samo jak „nasz” piasek – wyschnie i odpada. Niemniej, doświadczenie dość ciekawe.

Dodam może tylko, że już o 11:00 nie dało sie po nim chodzić – tak był gorący, dlatego na plażę chodziliśmy z samego rana. Poskakać przez fale (FALE!!! – zabrały moje okulary słoneczne, rzucały mną po całym nabrzeżu, a gdy odpływały, musiałam się zaprzeć z całej siły, żeby mnie nie porwały), wyschnąć i dalej w drogę…

Garachico

Mała miejscowość w północno-zachodniej części wyspy. Urocza kolonialna zabudowa i bardzo ciekawy brzeg oceanu. Otóż lawa z wulkanu pod koniec XVIII wieku tak się ciekawie rozlała, że utworzyła coś na kształt naturalnych falochronów, po których można spacerować. Przyjemne, choć dojazd dość karkołomny (choć w porównaniu do drogi dojazdowej do Masci, już nie wydawał mi się taki kręty).

Los Gigantes

teneryfa los gigantes

Ogromne klify w zachodniej części wyspy. Po prostu pojedź i zobacz, bo to ładny widok.

Loro Parque

loro parque teneryfa

loro parque teneryfa

loro parque

Cóż… Sami byśmy tam nie pojechali i nie wydalibyśmy 300 zł. na wizytę w… zoo. Ale jesteśmy rodzicami dwulatki i to trochę zmienia postać rzeczy.

To po prostu duży park z ogromną ilością papug i… turystów, ale – o dziwo – bawiliśmy się dobrze i zupełnie nie żałujemy poświęconego czasu i pieniędzy. Choć chyba najbardziej podobały nam się pingwiny, to nie wzgardziliśmy też pokazem foczych i delfinich sztuczek. Z reguły nie zachwycają mnie tego typu pokazy – to jest po prostu sztuczne i takie… cyrkowe – ale mimo wszystko robiło wrażenie. Foki były o tyle ciekawsze, że pokaz zawierał elementy kabaretowo-satyryczne.

Ciekawie było też oglądać techniczną stronę pokazu, zwierzęta nie robiły bowiem nic za darmo – nawet, gdy teoretycznie nic nie robiły (a nie tylko, gdy fikały koziołki), to i tak za stanie w tym momencie, w tym miejscu musiały dostać nagrodę, a trenerzy musieli być z nimi w stałym kontakcie. Pouczające.

loro parque flamingi i papugi

Santa Cruz de Tenerife i La Laguna

Przez stolicę wyspy, Santa Cruz de Tenerife, tylko przejeżdżaliśmy samochodem, ale jest piękna i zgodzę się z zasłyszanym porównaniem do Sydney. Duży port, piękna roślinność, zadbane kamienice. Taki jawi się obraz tego miasta z okna samochodu.

Natomiast w La Lagunie poszliśmy na spacer po „starówce”, do której bardzo łatwo dojechać z autostrady, pod warunkiem, że się przegapi główny zjazd na La Lagunę, a potem nerwowo próbuje ten błąd naprawić :) – i już jesteś w centrum miasta. Tu również dominuje kolonialna zabudowa, niektóre kamienice pochodzą nawet z XVI wieku, do tego butiki, knajpki, palmy i pomnik Jana Pawła II. Piękne miasto, ale zimne. Mieszkańce chodzili w płaszczach (widziałam kobietę w puchowej kurtce, słowo honoru), a my w szortach, jakbyśmy się z choinki wielkanocnej urwali. Zmarzliśmy na kość.

El Teide

O Teide już wspominałam – uważam, że to właśnie wulkan czyni Teneryfę tak ciekawą. Przede wszystkim dlatego, że dzieli wyspę na dwie całkowicie różne od siebie strefy klimatyczne, a w konsekwencji również krajobrazowe.

Poza tym jest szalenie malowniczy i sam w sobie ciekawy – to była kiedyś ogromna góra, która zawaliła się pod swoim własnym ciężarem. W konsekwencji, żeby dojechać do samego wulkanu trzeba minąć pierścień wzniesień, potem zupełnie płaski teren pokryty wulkanicznym żwirem i dopiero wtedy dociera się do najważniejszej góry. Kolejka na wulkan kosztowała nas 52 euro (Mała za darmo). Byliśmy przy dolnej stacji  ok. 10:00 i – jeśli nie chcesz szukać miejsca do parkowania, a potem stać w wielokrotnie zawiniętej kolejce – zrób tak samo. Nie pij kawy w kafejce na dole – jest okropna, ale weź ze sobą coś do picia i jedzenia, bo u góry nie ma żadnego baru (tylko WC).

Z górnej stacji kolejki można dalej wyruszyć na treking i w ten sposób dojść na sam szczyt. My tego nie zrobiliśmy, bo założyliśmy, że Mała nie wytrwa. I rzeczywiście – prawie cały czas ją nosiliśmy („Mamusiu, nóśki mie boją.”). Przeszliśmy się zatem krótkim szlakiem wokół góry (na wysokości górnej stacji), ale i on zrobił na nas wrażenie. Po drodze spotkaliśmy pracownika parku, który próbował – początkowo nieskutecznie – namówić mnie, żebym włożyła rękę do dziury w skale, którą mi pokazał. Wkładając ją tam piszczałam jak nastolatka – z dziury buchało ciepłe powietrze – siarka.

Nie będę opisywać tych widoków – nie mam takich zdolności językowych, które pozwoliłyby mi opisać tą przestrzeń, świeżość, to poczucie swobody, wolności, którym oddychałam tam na górze.

teneryfa wulkan teide

teneryfa el teide kolejka na wulkan

Jeszcze słowo w sprawach technicznych: dla siebie weź okulary słoneczne, bluzkę z długim rękawem i wełniany sweter, do tego czapkę, szalik i rękawiczki. Dla dziecka – normalną kurtkę i wszystkie te zimowe gadżety, które jadąc na Teneryfę zimą i tak pewnie weźmiesz.

No dobra, dwa słowa: dojazd do dolnej stacji kolejki na Teide doskonale nadaje się na wycieczkę kolarzówką – dla wytrwałych. Naprawdę, to musi być super wycieczka!

El Medano

Do Medano pojechaliśmy z sentymentu, bo byliśmy tam trzy lata temu. Jest to miejscowość o tyle ciekawa, że ma plaże z jasnym piaskiem (ściągniętym z Sahary, podobno) i straszne wietrzysko, stąd uchodzi za raj dla różnego rodzaju surferów (wind-, kite-, itp.).

el medano teneryfa raj dla surferów

Masca

Masca to malutka miejscowość, pięknie położona między górami, ale w wycieczce do Masci najciekawszy jest chyba właśnie dojazd, o którym już wspomniałam. Droga jest tam tak kręta i tak wąska, że nie ma szans, żeby na zakręcie (na agrafkę) minęły się dwa samochody (pfu, samochody – nawet nissany micra się nie miną). Na szczęście turyści czują respekt i jadą powolutku (nawet 20-30 km/h), przez co od razu poznasz lokalesa – furgonetką, 60 km/h, jedna ręka niedbale na kierownicy, a druga za oknem z papierosem…

A po drodze – jako wisienka na torcie – dwa piękne punkty widokowe: jeden na sama drogę, drugi – na Teide. Dlatego właśnie warto wybrać się własnym środkiem transportu.

teneryfa masca

teneryfa droga do MascaTo tyle z moich wynurzeń – strasznie lubię pisać o tych wakacjach, bo od razu wracają wszystkie wspomnienia i wrażenia z pobytu.

Jakieś inne sugestie na temat zwiedzania Teneryfy? Czekam.

Tymczasem pozdrawiam,

A.

Teneryfa bez roweru – parę przydatnych informacji

Dama na teneryfie 2

Tym razem nie jeździliśmy na rowerach, ale wyspa ma tyle do zaoferowania, że i bez rowerów może być super!

Wyspy Kanaryjskie to absolutnie standardowa turystyczna „destynacja” (przepraszam za to słowo) – turystyka wytwarza podobno około 60% PKB Teneryfy. Nie trzeba mieć ani krztyny polotu, żeby tam wylądować. Łatwo się tam dostać, pełno tam hoteli i udogodnień dla turystów. W związku z tym ktoś może się pod nosem uśmiechnąć z pogardą, gdy piszę tu o niej z takim entuzjazmem, ale w moim odczuciu każdy Polak doceni, że Teneryfa zapewnia coś, czego się w Polsce nie uraczy nawet w przybliżeniu.

NA TENERYFIE I MORZE I GÓRY SĄ W ZASIĘGU RĘKI. JEDNOCZEŚNIE!

I to nie byle jakie morze, lecz sam Atlantyk, i nie jakieś tam pagórki, lecz nastajaszczy wulkan o wysokości niemal 4000 m. n.p.m. Oddalone od siebie o niecałe 30 km i stale widoczne – jedno z drugiego.

Teneryfa jest po prostu piękna ze swej natury, dzięki przyrodzie i klimatowi. I jeśli tylko ominiesz szerokim łukiem turystyczne zagłębie w południowo-zachodniej części wyspy, to nie odczujesz ani tłoku, ani kiczu, ani natarczywych sprzedawców.

My mieszkaliśmy w Puerto de Santiago na zachodzie wyspy, dokładnie w połowie, i tą lokalizację gorąco polecam wszystkim, którzy chcą sobie zagwarantować słoneczną pogodę (z jednej strony) i łatwy dostęp do wszystkich innych ciekawych miejsc na wyspie (z drugiej).

Hotel miał trzy gwiazdki i jego standard w pełni odpowiadał tej klasyfikacji. Było w nim też mnóstwo Polaków, więc nie wolno było przeklinać, obgadywać i obrzucać złośliwymi uwagami, bo w pobliżu na pewno był ktoś, kto rozumiał… Wykupiliśmy opcję HB (śniadanie i obiadokolacje), bo sprawdziła się poprzednim razem, ale teraz to nie było optymalne rozwiązanie – lepiej sprawdziłyby się same śniadania.

Co do obiadów: Jeśli chcesz zjeść tanio – to lepiej pojedź do Lidla i kup sobie makaron oraz pesto i zrób szybki obiad w pokoju (mieliśmy aneks kuchenny), a jeśli chcesz zjeść dobrze – to po prostu pójdź do jednej z wielu lokalnych knajpek i zamów wielki talerz owoców morza. A jeśli chcesz po środku – to wybierz opcję mieszaną – trochę samodzielnie, trochę w restauracji (tą wersję polecam). Po prostu hotelowe obiady… no cóż… szału nie było…

Jeśli chodzi o zwiedzanie, to najlepiej wynająć samochód (koniecznie mały) i jeździć na własną rękę. Koszt samochodu wyniósł 132 euro za 4 dni (w tym foteli dziecięcy). Paliwo tańsze niż u nas, a odległości niewielkie.

Co konkretnie widzieliśmy, napiszę innym razem, bo jeśli będę czekać, aż znajdę na to czas, to nic nie opublikuję…

Tymczasem pozdrawiam,

A.