Dama na wakacjach: jakie wyżywienie?

co jeść na wakacjach?

Pisałam o tym, co wiem o wakacyjnych noclegach. Teraz czas na jedzonko!

W trasie

Na wstępie wyjaśnię – choć to można było wywnioskować również z innych moich wpisów – że lubię fast foody. Uważam, że jest to bardzo dobra opcja w podróży samochodowej. Z tego, co pamiętam, potwierdził to również Robert Makłowicz w jednym z wywiadów, w którym stwierdził, że gdy – jadąc samochodem – ma się do wyboru grochówkę z przydrożnej kuchni polowej i Mcdonalds, ten drugi to niezła opcja.

fast food dla rowerzysty?

https://www.flickr.com/photos/22662305@N04/3168124735/

Natomiast z przydrożnymi barami i innymi miejscami „w trasie” problem jest zazwyczaj taki, że dają kiepskie żarcie, bo nie muszą przywiązywać do siebie klienta. Wygłodniały tirowiec, czy rodzinka w podróży nad morze zjedzą, co im się da, i już nigdy nie wrócą (bez względu na to, czy jedzenie było dobre czy nie). Z punktu widzenia gastronomika, nie ma sensu się starać… Są oczywiście wyjątki i dlatego warto zaprzyjaźnić się z jakimś przedstawicielem handlowym lub kimś innym w wiecznej trasie, i od niego czerpać wiedzę o dobrej kuchni przy drodze.

W trasę można również zabrać własny prowiant i często to uskuteczniamy. Przydaje się wówczas torba termiczna ze zmrożonymi wkładami, termos, kosz wiklinowy i plastikowa zastawa, a także inne sprzęty, o których pisałam w poście o pikniku. Każdą kanapkę, kiełbaskę lub inny kawałek jedzenia należy zapakować osobno, żeby się łatwo otwierały i wygodnie trzymały w dłoni.

kosz piknikowy

http://www.flickr.com/photos/51167045@N00/3804710341/

Stołówka?

Korzystaliśmy kilka razy z wykupionych z góry obiadów – tak było na Teneryfie i ostatnio w Świeradowie Zdroju. I co?

W naszym przypadku to rozwiązanie sprawdziło się tylko wtedy, gdy nasze wyjazdy były stricte rowerowe. Rano jedliśmy obfite śniadanie w formie bufetu, a wieczorem niemal prosto z rowerów szliśmy na obiad, który ktoś dla nas przemyślał i przygotował. Niczym nie musieliśmy się przejmować.

Ale już w czasie naszych ostatnich wakacji na Teneryfie ta opcja się nie sprawdziła, bo mieliśmy mniej zorganizowany plan dnia i robiliśmy się głodni czasem już o 15:00, a do obiadu jeszcze ho ho… Ponieważ mieliśmy w pokoju aneks kuchenny, lepszym rozwiązaniem byłoby przygotowanie prostych posiłków we własnym zakresie i urozmaicenie ich sobie wizytami w lokalnych knajpkach. Cenowo wyszłoby tak samo, a smakowałoby lepiej (i lokalniej) i moglibyśmy jeść wtedy, gdy tego potrzebowaliśmy.

Sniadanie warto wykupić w hotelu lub pensjonacie

http://www.barcelo.com/

Natomiast zawsze, gdy mieszkamy w jakimś hotelu czy pensjonacie, bierzemy opcję ze śniadaniem. Ktoś je zrobi, żadne produkty Ci się nie zmarnują, nie będziesz musiała zabierać resztek do domu, będzie obficie i różnorodnie.

Śniadania w Willi Ostoja w Świeradowie były fantastyczne.

We własnym zakresie

Jeśli masz do dyspozycji kuchnię/aneks to właściwie nie ma o czym mówić- wszystko jasne. Zabierasz z domu lub kupujesz na miejscu wstępnie przygotowane produkty, a potem je odgrzewasz i smacznego.

Tak robiliśmy na wszystkich wakacjach w Eurocampie, ale i w kilku innych miejscach. Zabieraliśmy wstępnie przygotowane potrawy, jak na przykład zamarynowane mięso, makaron, ryż, do tego herbata i kawa, cukier, itp., żeby na miejscu nie kupować całej paki, którą potem trzeba będzie wieźć do domu.

jeśli zamierzasz gotować we własnym zakresie, weź też koniecznie:

  • trochę płynu do naczyń i gąbeczkę – tego na miejscu nie będzie, a po co kupować na miejscu całą butelkę,
  • ściereczki,
  • ostry nóż (osobiście uważam, że najłatwiej zrobić sobie krzywdę tępym nożem, a hotelowe/kempingowe wyposażenie zawiera tylko takie – dokładnie zapakuj i weź ze sobą ulubiony „nóż szefa”),
  • korkociąg i otwieracz do butelek – w końcu wakacje to czas na zabawę i lepiej mieć czym otworzyć trunki :)

To oczywiście jest opcja, gdy się gdzieś jedzie samochodem – bez sensu tak się ładować do samolotu, czy na rower. A skoro już jedziesz samochodem, to przemyśl zabranie samochodowej lodówki lub chociaż torby termicznej, żeby nie trzeba było jedzenia wekować.

W przydrożnym rowie

To opcja dla prawdziwych rowerowych wędrowców – pakujesz produkty do sakwy…

Pakowanie dziecka na wyjazd rowerowy

a potem przyrządzasz z nich posiłek bogów w krzakach przy trasie rowerowej, na ognisku lub na polowej kuchence gazowej.

kuchenka turystyczna na wyprawę rowerową

Jeśli masz plan tak postąpić, to pamiętaj o:

  • kuchence i zapasowym gazie (niby oczywiste, nie?)
  • menażce i sztućcach,
  • szmatce, ścierce, płynie do naczyń,
  • ostrym nożu (patrz wyżej),
  • produktach pakowanych pojedynczo, wstępnie pokrojonych, łatwych do podzielenia bez rozpakowywania całości, ewentualnie o woreczkach i folii aluminiowej, żeby zapakować to, co zostanie,
  • plastikowych reklamówkach – ilość spełnianych przez nie funkcji jest niezliczona (obrus, na resztę jedzenia, na kanapki na drogę  czy na brudne skarpetki i śmieci),
  • wodzie do gotowania,
  • sosach w proszku (nie jestem ich zwolenniczką, ale mogą się czasem przydać, a nic nie ważą), ale wybieraj takie, które wystarczy wymieszać z wodą, głupio by było, gdyby się okazało, że do przygotowania danego sosu potrzebna jest jeszcze śmietana kremówka i trzy rodzaje sera… – po prostu przeczytaj sposób przygotowania sosu, zanim go zapakujesz,
  • ryżu, makaronie lub kaszy – super się przewożą i szybko gotują!

Żeby było fajnie, mogą ci się przydać:

co się przyda - jedzenie w plenerze

Przed wyjazdem zapoznaj się też z moją piknikową check-listą, bo wiele rzeczy, które na niej wypisałam, mogą ci się przydać.

Ciekawa jestem Twoich gastronomicznych doświadczeń…

Tymczasem pozdrawiam,

A.

W Izery na rowery – Vol. 2

weekend w górach izerskich na rowerach

Długi weekend w Górach Izerskich (z bazą w Świeradowie Zdroju), to był naprawdę świetny pomysł, choć wpadliśmy na niego w ostatniej chwili.

Drugi dzień

O ile trasa dnia pierwszego ułożyła nam się super płynnie, to już drugiego dnia nie poszło nam tak sprawnie.

rowerowy weekend w górach izerskich dzień 2

nasza trasa – dzień 2

Po pierwsze dlatego, że nie jechaliśmy kolejką do góry, tylko jechaliśmy na rowerach z samego dołu. Jechać ciągle pod górę było mi dość ciężko, więc robiliśmy częstsze postoje.

Po drugie, było ponad 30 stopni, a mieliśmy za mało wody. Być może wyjdę na naiwną, ale sądziłam, że w dobie kapitalizmu sklep stoi na każdym rogu, a… nie stał… Nie za bardzo było więc gdzie uzupełnić płyny, a nie chcieliśmy wypić wody Małej, która najlepiej zarządzała swoimi zapasami (może dlatego, że nie pedałowała).

Po trzecie, mieliśmy małą wpadkę z pomyleniem trasy, przez co niepotrzebnie ładowaliśmy się z całym sprzętem po trasie rzekomo rowerowej, ale za to całkowicie nieprzejezdnej (ba, nawet iść było tam ciężko). Szybko jednak zorientowaliśmy się, że nie tędy droga, zawróciliśmy (biedny Sz. musiał sam przytachać rowery i przyczepkę) i pojechaliśmy innym szlakiem, już bez żadnych perturbacji.

Willa Ostoja

Pisałam, że ciężko było znaleźć nocleg na dzień przed długim weekendem, w dodatku reklamowanym jako bardzo słoneczny. Udało nam się dopaść ostatni pokój w Willi Ostoja, która ma na Booking.com ocenę 9,3, czyli bardzo wysoką. Jestem gotowa tą ocenę potwierdzić i jedyne, do czego moim zdaniem można się przyczepić, to to, że musieliśmy przywieźć własne łóżeczko dla Małej. Moim zdaniem łóżeczko turystyczne w takim miejscu to must have, nie wiem dlaczego w wielu polskich kwaterach to problem (w Niemczech nawet na zabitej dechami wsi mają łóżeczka dla niemowląt).

Pogoda

Nic dodać, nic ująć. Po miesiącu ciągłego marznięcie, 30-stopniowy upał był dla mnie w sam raz.

w izery na rowery 6

Specialized

I tak sobie jechaliśmy na rowerach, jechaliśmy i nagle go zobaczyłam! Jechała na nim jakaś pani, która sama w sobie też super wyglądała (miała w szczególności bajerancki kask i buty). Ale ten rower… O dziwo, różowy (a ja nie lubię różowego)! Piękny! Z 2008 roku, dostępny wówczas za cenę, której – rozumując rozsądnie – nie byłabym skłonna wydać, obecnie już chyba nie do kupienia. I dobrze, bo jeszcze – na fali totalnego zachwytu – bym go kupiła. Czy nie jest fantastyczny?!

http://www.specialized.com/us/en/bikes/archive/2008/designsforwomenmountain/erafsrmarathon

http://www.specialized.com/us/en/bikes/archive/2008/designsforwomenmountain/erafsrmarathon

Mcdonalds w Zielonej Górze

Wracając w niedzielę do domu zatrzymaliśmy się w Zielonej Górze na obiad. Ponieważ jestem ogólnie „fastfudowa” – standardowo musiał to być Mcdonalds. I tu przeżyliśmy szok – kolejka po same drzwi, tłumy! W dodatku to byli miejscowi, którzy tam wcale nie musieli być (nie byli w podróży, znali swoje miasto i jego bazę gastronomiczną) – z własnej woli stali w tych kolejkach, żeby zjeść coś, co się absolutnie nie nadaje na niedzielny obiad! Niesamowite…

I tyle jeśli chodzi o nasz weekend w górach. Wróciliśmy do domu i znowu zrobiło się zimno.

Następnym razem wrócę z kolejnym artykułem „Dama na wakacjach„. Tym razem będzie o wyżywieniu na urlopie i o naszych doświadczeniach w tym zakresie.

Pozdrawiam,

A.

W Izery na rowery, czyli weekend w górach

weekend w górach izerskich na rowerach  Gdy pisałam o moich noworocznych rowerowych planach, napisałam, że postanowiłam nie zmarnować żadnej okazji do wycieczki, czy wyjazdu. O dziwo, realizacja tego postanowienia idzie mi całkiem dobrze!

Udało nam się również ruszyć z domu w ostatni „długi weekend”. Choć jeszcze w środę po południu nie wiedzieliśmy, czy i gdzie pojedziemy, to w czwartek rano siedzieliśmy już zapakowani w samochodzie i – podjadając kanapki z pieczoną rybą – gnaliśmy do Świeradowa Zdroju.

Dlaczego akurat tam? Kto to wie…

Ślepy los nas tam skierował, bo plany były nieco bliższe i mniej górzyste, ale dostępność bazy noclegowej na dobę przed „długim weekendem” sprowadziła nas na ziemię. „Znaleźć wolną kwaterę i nie zbankrutować” stało się naszym wyznacznikiem kierunku podróży i mottem poszukiwań. Pisałam, że nie lubię namiotów, prawda? No, chyba będę musiała jednak polubić…

Izery to nie są przesadnie wysokie góry, ale jednak w naszej aktualnej sytuacji jakakolwiek górka jest teraz wyzwaniem. Może wyjaśnię, że nasz team składał się z faceta ciągnącego przyczepkę z dzieckiem i z ciężarnej w 4 miesiącu.

Pierwszego dnia rozpakowaliśmy się, poleżeliśmy na kocu na trawie, objechaliśmy miasteczko, zjedliśmy gofra, a wieczorem się rozdzieliliśmy: Mała poszła spać, Sz. poszedł na singletracki, a ja wstawiłam sobie fotel do łazienki (żeby Małej nie przeszkadzać) i skończyłam czytać „Sławę i chwałę”, popijając napój gazowany i trzymając nogi na kibelku (zamkniętym!).w izery na rowery 5

Następnego dnia zjedliśmy wypasione śniadanie, załadowaliśmy przyczepkę i ruszyliśmy pod dolną stację kolejki w Świeradowie Zdroju. Co ciekawe, żeby wjechać na górę, zapłaciliśmy tylko za dwie dorosłe osoby (razem 50 zł., kurs tylko do góry) – dziecko, rowery i przyczepka pojechały gratis, choć obsługa miała z tym sporo roboty i zajęliśmy aż dwa wagoniki (przyczepka podróżowała samodzielnie przed nami).

Przy górnej stacji kolejki posililiśmy się, skorzystaliśmy z toalety i ruszyliśmy w drogę. Chcieliśmy dojechać do Smreka, ale po drodze był bardzo niedogodny dla nas kawałek i prawdę mówiąc nie chciało nam się nieść przyczepki po kamulcach. Pojechaliśmy więc do Chatki Górzystów, a potem do Schroniska Orle, gdzie pojedliśmy pierogów i zupy szczawiowej. Mają tam też dobre piwo.

Z trasą do Orlego mamy ciekawe wspomnienia, bo gdy tam byliśmy ostatnio, to mostek był akurat zerwany i wpadłam do rzeki, a było pochmurno i chłodno, i ogólnie nie bardzo na kąpiel. Tym razem mostek był na szczęście na miejscu.

weekend w górach izerskich na rowerach

Korzystaliśmy głównie z takich szlaków.

Drogi, z których korzystaliśmy tam na górze, to głównie szutry, ale i asfalt. Bardzo wygodne dla naszych celów i w naszej sytuacji. Trasa pełna była piechurów i rowerzystów (w tym nawet kilkuletnich dzieci) – w końcu wolne i w dodatku prawie 30 stopni. Wracając ze schroniska do Świeradowa wybraliśmy już dużo mniej uczęszczaną trasę, ale równie wygodną i urokliwą.

rowerowy weekend w górach izerskich dzień 1

nasza trasa – dzień 1

Rano zamówiliśmy sobie obiad na 18:00, ale z trasy musieliśmy zadzwonić i przyznać się, że nie zdążymy. I słusznie, bo dojechaliśmy do domu równo o 18:00, a jeszcze musieliśmy się umyć. Musieliśmy!

Nie muszę chyba mówić, że wieczorem po prostu padłam. O dziwo jednak nie miałam następnego dnia (ani żadnego innego) zakwasów, choć przejechaliśmy ponad 50 km. Różnice wysokości na trasie nie były może jakieś oszałamiające, ale to jednak nie Szczecin. Spodziewałam się większych trudności kondycyjnych.

Na dzisiaj koniec weekendowych opowieści, bo muszę lecieć do księgowej i na zebranie w przedszkolu, ale mam jeszcze do opisania drugą wycieczkę w góry, różowy rower Specialized  i obiad w Mcdonaldzie w Zielonej Górze w drodze powrotnej. To innym razem…

Pozdrawiam,

A.

Dama na wakacjach: jaki nocleg? Super-długi wpis

dama na wakacjach jaki nocleg
Od razu uprzedzam, to nie jest post sponsorowany. Właściciele i prowadzący miejsca, o których zamierzam pisać, nie wiedzą o tym wpisie i żyją w nieświadomości co do mojej opinii na ich temat. 

Zbliżają się wakacje i postanowiłam skupić się na ich zaplanowaniu, a zaplanować trzeba – wiadomo – różne aspekty: dojazd, nocleg, wyżywienie, atrakcje, pakowanie, finansowanie…

Jeśli chodzi o finansowanie, to tylko krótko napiszę, że jestem przeciwniczką zadłużania się na wakacje. Uważam, że:

  1. urlop należy spędzać tak, jak nam posiadane fundusze pozwalają,
  2. na wakacje latem trzeba zbierać już od września poprzedniego roku, jeśli bieżące wpływy nie są wystarczające.

I na tym poprzestanę!

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Co do noclegu, to oczywiście wybór będzie zależał od celu całej podróży.

My mamy następujące doświadczenia:

1.

Jeśli chodzi o noclegi w miastach, to jest to chyba najprostsze rozwiązanie, choć zazwyczaj droższe. Na szczęście w każdym większym mieście są schroniska młodzieżowe/hostele dla tych, którzy mają skromniejszy budżet. To są często naprawdę fajne miejsca i w dodatku zazwyczaj w najciekawszych częściach miast.

2.

Jeśli jednak nie gustujesz w schroniskach (ja na przykład nie chciałabym już pokoju bez łazienki, w dodatku z kimś na spółkę, ale ja już jestem stara, w pewnym wieku zbiorowe pokoje to atut, na szczęście pamiętam jeszcze te czasy), to szukaj ofert w hotelach, nawet 4-5-gwiazdkowych. Nie żartuję, nawet luksusowe hotele w dużych miastach wyludniają się w weekendy, a ceny spadają do może nie niskich, ale – przystępnych. Tak spędziliśmy w zeszłym roku długi weekend w Warszawie, kiedy nocowaliśmy w Hiltonie (w cenie Ibisa). Jakąś taką mieliśmy wtedy fazę, że pokój musi mieć wannę, a Marriott się wyprzedał :)

3.

Uważaj na booking.com! Co do zasady ceny hoteli rezerwowanych przez tego typu portale są atrakcyjniejsze, ale zawsze warto się upewnić bezpośrednio w hotelu. Zdarzyło mi się zarezerwować hotel bezpośrednio (bez żadnych promocji) taniej niż w ramach „superoferty” na Bookingu.

4.

Jeśli chcesz tak jak my w zeszłym roku wybrać się trasą Odra-Nysa, to kombinuj tak, żeby nocować w Polsce. Nie zawsze jest to najwygodniejsze, ponieważ nie w każdej miejscowości jest most, ale różnica w cenie noclegów bardzo motywuje do kreatywności przy planowaniu odcinków trasy.

My nocowaliśmy:

  • w Bogatyni w „Dom4you” – standard mocno dyskusyjny (w stylu ośrodka kolonijnego), ale był tam duży parking, w pokoju był czajnik, lodówka i kuchenka mikrofalowa, a śniadanie zrekompensowało wszelkie inne niedociągnięcia;
  • w Gubinie w Pensjonacie „Retro” – w samym centrum koło McDonald’sa, była tam też restauracja, a sam pokój składał się aż z trzech części i łazienki (zazwyczaj służy jako apartament nowożeńców – taki też tam panował styl – nie do końca w moim guście), śniadanie na dobrym poziomie, cena bardzo przystępna.
  • w Przewozie (lubuskie) w „Bike-Hostel” – miejsce stworzone z myślą o rowerzystach. Podobnie jak w Gubinie, właściciel osobiście dba, żeby goście byli zadowoleni – dodatkowe śniadanie dla dziecka, woda na drogę i opowieści o innych rowerzystach, którzy tam nocowali – gratis. Schludnie, bezpretensjonalnie i przyjemnie.

W każdym z tych miejsc bez problemu przechowaliśmy rowery i przyczepkę.

5.

Jeśli podróżujesz po Niemczech, wybieraj raczej małe hoteliki w małych miejscowościach. Są to zwykle rodzinne interesy, gdzie właściciel sam dogląda, żebyś się dobrze czuł, żeby Ci smakowało i żeby niczego nie zabrakło. Po całym dniu wysiłku to naprawdę świetne uczucie, że ktoś cieszy się na Twój widok. Tak było, gdy nocowaliśmy w Landhotel Aurose koło Anklam w czasie zeszłorocznej majówki.

Na pierwszy rzut oka hotel wyglądał na nieco wyludniony (stanęły mi nawet przed oczami sceny z „Psychozy” i zaczęłam się zastanawiać, czy kiedykolwiek go opuścimy), ale właściciel był gościnny, serdeczny i nie okazał się psychopatą – osobiście przygotował nam jedzenie i to lepsze niż w restauracji w Świnoujściu dzień wcześniej.

W niemieckich hotelach, nawet na głębokiej prowincji, łóżeczko dziecięce nigdy nie jest problemem (a w Polsce owszem), ale trzeba się liczyć z wydatkiem rzędu 100 euro za noc.

6.

Ostatnią testowaną przez nas opcją, która doskonale się sprawdziła, są mobile home’y wynajmowane w Eurocamp’ie. To jest opcja na bardziej stacjonarne wakacje za granicą. Trenowaliśmy to dwukrotnie – w Toskanii w czasie podróży poślubnej i w 2013 we Francji.

Co musisz wiedzieć o tej formie noclegu?

Domki (mobile home’y) – nawet te największe – są małe. Musisz się liczyć, że spędzisz pobyt w wozie Drzymały. Gdy po raz pierwszy weszłam do naszego domku w Toskanii pomyślałam, że Eurocamp oszukuje robiąc zdjęcia wnętrz, bo na zdjęciach domek wydawał się super-przestronny. Miałam im to nawet za złe, dopóki nie zobaczyłam naszych zdjęć, które też prezentowały przestronne wnętrza, choć sami przecież nie kantowaliśmy.

Tak wyglądał najmniejszy domek w środku:

domek dla rowerzysty

A tak z zewnątrz:

domek dla rowerzysty eurocamp

We Francji testowaliśmy większy domek, który wyglądał z zewnątrz tak (miał taras):

domek letniskowy dla rowerzysty francja eurocamp

Zdjęć w środku nie pokaże, bo widać na nich taaaaki bałagan! Cóż, mieszkało tam czworo dorosłych i bobas.

Ale domek był już całkiem wygodny – miał trzy sypialnie, łazienkę i WC oraz spory salon. Zestaw dla dziecka (łóżeczko, nocnik, fotelik, wanienka i bramka, żeby nie spadło z tarasu) kosztował 40 zł. na cały pobyt. Domek w maju na 10 dni kosztował nas ok. 1300 zł.

W tym roku we wrześniu też zamierzamy testować tą formę – we Włoszech na Jeziorem Garda. Tym razem zarezerwowaliśmy trzy domki. Koszt to 931 zł. za domek, pakiet dla dziecka (którym to pakietem Mała podzieli się ze swoim rocznym kuzynem) był tym razem gratis.  Będziemy mieszkać w takim przybytku.

Coś jeszcze?

  • domki są małe (tak, wiem, o tym już było :))
  • pod względem finansowym to rozwiązanie jest super-korzystne zwłaszcza przed i po głównym sezonie (lipiec-sierpień to żadna cenowa rewelacja). Cena za dobę jest niska, a do tego są promocje – my konsekwentnie korzystamy z opcji 10 dni w cenie 7.
  • musisz sam dojechać
  • musisz się sam wyżywić (o możliwych opcjach będę kiedyś jeszcze pisać)
  • musisz mieć swoją bielizną pościelową i ręczniki (można wynająć na miejscu za dopłatą)
  • kempingi są położone na uboczu, do głównych atrakcji trzeba dojechać
  • kempingi to małe miasteczka – gdy byliśmy w Toskanii miałam wrażenie, że to Międzyzdroje w miniaturze, na miejscu są baseny, sklepy, lodziarnie, restauracje. Choć nie jestem miłośniczką tłumów, to paradoksalnie zalecam wybrać większy kemping – oferuje więcej atrakcji, co istotne zwłaszcza dla rodzin z dziećmi
  • domki rezerwuj z dużym (!)  wyprzedzeniem, szczególnie gdy zamierzasz wypoczywać w „tańszych” okresach. Gdy pod koniec kwietnia rezerwowałam noclegi na wrzesień został mi do wyboru już tylko jeden kemping!

No to chyba starczy narazie, bo aż się zasapałam od tego pisania :)

Wiem, że są jeszcze inne opcje noclegu – u znajomych i rodziny, namiot, apartament, prywatne kwatery czy agroturystyka, ale tu brak mi doświadczenia. Chętnie się więc dowiem czegoś na te tematy od innych :)

Pozdrawiam,

A.

Rowerzyści kontra reszta świata

czy między rowerzystami a kierowcami toczy się wojna

Tytuł jest nieco przewrotny, bo tak naprawdę ja osobiście nie dostrzegam linii frontu między rowerzystami a kimkolwiek innym.

Oczywiście, dużo słyszę o wzajemnej niechęci rowerzystów do kierowców i vice versa, ale osobiście jej nie doświadczam.

Nie znaczy to, że mnie kierowcy nie denerwują czasem. Owszem potrafię się wkurzyć i to bardzo, i wówczas z dobrze wychowanej panienki zamieniam się w wiedźmę (mój mąż twierdzi, że ciężko mnie zdenerwować, ale jak już się komuś uda, to biada mu – nie, nie nie krzyczę, nie wyzywam, ale tak mi jakość wychodzi, że delikwent czym prędzej oddala się w celu popełnienia samobójstwa). Ale to nie ma nic wspólnego z tym, że jestem rowerzystką, a ktoś inny kierowcą, bo gamoń za kierownicą zdenerwuje mnie tak samo, gdy jadę samochodem, rowerem, idę piechotą, a nawet patrzę z okna. Sama nie jestem doskonałym kierowcą, więc i tak mam sporo wyrozumiałości, ale świadomość, że czyjaś głupota czy buta może zabić mnie lub kogoś mi bliskiego, bardzo mnie obciąża psychicznie.

Ale to są właściwie wyjątkowe sytuacje. Tak naprawdę, nie mam większych problemów z kierowcami. Nie odczuwam wrogości, ani skierowanej do mnie, ani w drugą stronę. Kierowcy często ustępują mi pierwszeństwa, przepuszczają mnie, uśmiechają się – nawet, gdy ja sama zrobię coś głupiego, albo się zagapię, albo coś…

Wydaje mi się, że jest to efekt mojego stosunku do innych, pozytywnego nastawienia do ludzi w ogóle. Ode mnie każdy „na dzień dobry” dostaje 10 punktów, każdy jest obdarzany zaufaniem i szacunkiem, cudze błędy oceniam dość wyrozumiale i nawet, gdy mnie zdenerwują, to wystarczy „przepraszam” i jestem rozbrojona. Wychodzę z założenia, że drobne głupoty zdarzają się każdemu, wystarczy umieć się zachować „po”.

czy między rowerzystami a pieszymi jest wojna?

Tak samo jest z pieszymi, a miejsca na konfrontację jest sporo, bo dość często jeżdżę po chodnikach.

Wyznają jednak podstawową zasadę:

Pieszy na chodniku jest PANEM, ma mu być wygodnie i ma się czuć bezpiecznie. Jeśli to oznacza, że muszę się snuć za babcią z wózeczkiem przez następny kilometr, to trudno…

Właśnie dlatego, jeśli wydaje mi się, że jadąc po chodniku kogoś przestraszyłam, zawsze dość wylewnie przepraszam. Jeśli chciałabym kogoś wyprzedzić, robię to tylko, jeśli to nie jest dla niego zbyt duży problem – zwykle daję sobie spokój właśnie przy starszych (zwłaszcza z siatami), ludziach z wózkami, itp.

Nawet gdy ktoś idzie drogą dla rowerów, staram się nie być brutalna, zwłaszcza że bardzo często to efekt zagapienia się (wtedy przepraszają i szybko uciekają) albo braku chodnika (wtedy też przepraszają i starają się jak najmniej przeszkadzać).

I muszę powiedzieć, że ta polityka procentuje. Przez lata jazdy na rowerze miałam naprawdę niewiele sytuacji, gdy ktoś zareagował na mnie agresją (może dwie…). Piesi chętnie ustępują pierwszeństwa i dają się wyprzedzić (oczywiście trzeba wtedy podziękować), zazwyczaj nawet wtedy, gdy sami muszą się specjalnie zatrzymać lub nadłożyć drogi. Zwykle konfrontacja z pieszymi lub kierowcami (nawet, gdy to ja omal w kogoś nie wjadę) kończy się życzeniem sobie nawzajem miłego dnia.

Widocznie kultura osobista i uśmiech są w stanie wiele załatwić.

Wszystkim to polecam!

Pozdrawiam,

A.

Zdjęcia: Death to the Stock Photo