Czyja to wina, że moje życie jest beznadziejne? #2

dlaczego moje życie jest beznadziejne

Chyba wpadłam w jakiś filozoficzny tryb, bo idę za ciosem…

Dzisiejszy wpis ma oczywiście ścisły związek z tym ostatnim. To chyba też reakcja na wszechobecną bierność i wyczekiwanie aż „coś się wydarzy”, aż ktoś coś zrobi… To doszukiwanie się winy za własne niepowodzenia we wszystkich i we wszystkim (oprócz siebie samego) sprawiają, że ręce mi czasem wręcz „opadywują” i brakuje mi słów.

Często zdarza się, że realizację jakiegoś planu uzależniamy od jakichś zewnętrznych okoliczności, na które nie mamy wpływu. Od wygrania w lotto (nawet jeśli nie gramy), zmiany pracy (nawet jeśli nie szukamy nowej), otrzymania dużego spadku (nawet jeśli nie znamy nikogo majętnego, kto potencjalnie mógłby umrzeć) i innych takich rzeczy, które od nas nie zależą (i całe szczęście, bo jakby zależały, to my sami ponosilibyśmy odpowiedzialność za to, że się nie dzieją). A tak winny jest ktoś inny, a najczęściej ślepy los.

Moje myślenie jest w tym względzie całkowicie odwrotne – być może ktoś uzna, że jestem zarozumiała, ale uważam, że większość w moim życiu zależy ode mnie. Moje sukcesy to moja zasługa (Uwaga: profesjonalizm nigdy nie jest dziełem przypadku), moje porażki to moja wina (Uwaga: człowiek uczy się na błędach tylko, gdy wie, że jej popełnił).

Nie przeczę, że los mi zawsze sprzyjał, ale mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że nie zmarnowałam żadnej okazji, którą mi podsunął, a nie dostałam pod nos zbyt wielu gotowców. Los zwykle wskazywał mi drzwi, które warto było otworzyć, ale jeśli były zamknięte – sama musiałam je sforsować. Czasem wręcz drapiąc w nie pazurami, choć z reguły staram się używać bardziej efektywnych metod :)

Opportunity - Thomas Edison - dama na damce

Chcesz wybrać się w rejs po Karaibach wycieczkowcem, ale nie masz pieniędzy? A co zrobiłaś, żeby coś zaoszczędzić z tych, które masz, albo zarobić jakieś dodatkowe? Ograniczyłaś się do „puszczenia” toto-lotka? Oj, to chyba wcale Ci nie zależy. Zaoszczędzenie/zarobienie zajmie długie lata? Tym bardziej musisz szybko zacząć!

Mąż gburowaty i nie kupuje Ci kwiatów? A ty nie zrzędzisz przypadkiem? Ty sama wiesz, czego chcesz? A jak wiesz, to mu to mówisz, czy oczekujesz, że on wyczyta to w fałdkach Twojego fartuszka niczym z herbacianych fusów? A sama kupiłaś kwiaty?

Chcesz mieć ciekawą i dobrze płatną pracę? A co zrobiłaś, żeby stać się pożądanym i rozchwytywanym pracownikiem? Jakieś kursy? Wykazanie inicjatywy? Nie? Ograniczyłaś się do narzekania, że szef-faszysta nie chce Ci dać podwyżki? No cóż…

Nudzisz się, bo w Twoim mieście „nic się nie dzieje”? A znasz jego historię? A byłaś już we wszystkich muzeach i galeriach (nie wykręcaj się kasą – ostatnio oglądaliśmy Rembrandta za darmo i to w sobotę)? A postarałaś się znaleźć jakiś nowy zakątek pobliskiego lasu/parku? A sama coś zorganizowałaś, żeby się działo? Chociaż coś małego – piknik, ognisko, wycieczkę rowerową, mecz siatkówki?

live my dream - dama na damce

Spełnianie marzeń, życie pełnią życia (i nie mówię tu o zdobywaniu biegunów, tylko po prostu o życiu fajnym życiem w Twoim własnym rozumieniu), realizowanie celów leży w zasięgu każdego i nie zależy od tego, ile masz pieniędzy, sprzętu, wsparcia. Może nie od razu zrealizujesz plan w pełni, może nie od razu podróż będzie super-wygodna, może nie od razu wejdziesz na Kilimandżaro (zacznij może od Śnieżki), ale zrobisz kilka pierwszych kroków, a potem samo poleci. Nie ma takiej siły, która powstrzymałaby człowieka od realizowania jego pomysłu na życie, jeśli jest gotowy przyjąć na siebie odpowiedzialność za tą realizację i przyjąć na siebie jej konsekwencje.

Inna sprawa, że w życiu można mieć wiele, ale raczej nie wszystko, a już na pewno nie wszystko na raz. Zawsze trzeba coś poświecić (jeśli zbierasz na podróż dookoła świata, to raczej nie kupuj nowego telewizora), ale dla kogoś, kto chce, to przecież niewielkie wyrzeczenie, prawda? Jeśli nie wierzysz, to obejrzyj sobie ten sympatyczny angielski film pt. „Pani Harris jedzie do Paryża”

Nic nie spada samo na głowę – ani pieniądze, ani sukces, ani wspaniały związek czy mądre dzieci, ani wspaniałe doświadczenia. Na wszystko trzeba ciężko zapracować. Na spełnienie marzeń, wartościowe (i fajne) życie, udane relacje… Bo to wszystko zależy od nasi naszej inicjatywy.

Nie chcę uchodzić za herosa, za kogoś super-świadomego, który zawsze realizuje swoje cele, bo jest taki świetny. To, co napisałam, to prawda, którą kieruję się od stosunkowo niedawna i którą wdrażam ze zmiennym powodzeniem, zaczynając od najmniejszych kroków. Muszę się przy tym stale pilnować, żeby nie siąść na kanapie i nie rzucić sakramentalnego „to bez sensu” albo „nic mi się nie chce”. I czasem jednak ląduję na tej kanapie z poczuciem rozczarowania sobą i swoim życiem, ale na szczęście szybko się ogarniam i robię „coś” (i tym czymś wcale nie jest kupienie sobie czegoś nowego). Czego i Tobie życzę…

Pozdrawiam,

A.

Czyja to wina, że moje życie jest beznadziejne?

dlaczego moje życie jest beznadziejne

Dzisiejszy wpis (mniej rowerowy) jest chyba wyrazem mojego buntu wobec wszech obecnej reklamy próbującej nas przekonać, że nie będziemy szczęśliwi bez dokonania kolejnych zakupów. A najgorsze jest to, jak wiele osób się na to łapie :(

Bo przyznaszprzecież, że to dość typowe rozumowanie:

  • Będę jeździć, gdy kupię sobie nowszy rower.
  • Będę się gimnastykować, gdy kupię sobie lepsze ciuchy sportowe.
  • Będę więcej podróżować, gdy kupię sobie większy samochód.
  • Będę bardziej zorganizowana w pracy, gdy kupię sobie stylowy organizer.
  • Będę lepszym człowiekiem, gdy kupię popularny poradnik lepszego życia.
  • Będę częściej zapraszać gości, gdy kupię sobie dom z ogródkiem.
  • Itd.

A potem kupujesz te wszystkie rzeczy i okazuje się, że nie jeździsz na rowerze ani samochodem, nie zapraszasz więcej gości, nie jesteś szczęśliwsza, ładniejsza, mądrzejsza, a Twoje życie jest tak samo nijakie jak było, tylko masz mniej pieniędzy…

Ja uważam, że ani inni ludzie, ani losowe zdarzenia, ani – tym bardziej – kosztowne zakupy nie zmieniają ludzkiego życia. Sami musimy je zmieniać.

Chcesz podróżować, ale nie masz wygodnego środka transportu? Wsiadaj na rower, w pociąg, do Fiata 126p i w drogę. O wygodniejszy samochód zatroszczysz się, gdy już przejedziesz szmat świata i uznasz, że rzeczywiście teraz warto kupić coś większego, bo się zamortyzuje…

Chcesz częściej zapraszać gości, ale masz kawalerkę? A w czym problem? Bufet z przekąskami ustawisz nawet na parapecie, a w imprezach i tak najważniejsza jest atmosfera, a nie obszerny salon.

Chcesz zacząć biegać, ale nie masz butów do biegania? A byłaś w tym tygodniu chociaż na spacerze? Bo jeśli nie, to zapewniam Cię, że to nie w butach zasadza się problem. Najpierw się przejdź żwawym marszem i popodskakuj, buty kupisz później.

Kupienie czegoś nowego nie poprawi Ci humoru (a na pewno nie na dłuższą metę), nie uczyni Cię mądrzejszą, bardziej wpływową, pociągającą, bardziej spełnioną… Będziesz miała po prostu więcej rzeczy…

Uwierz mi, przyniesie Ci większą satysfakcję, gdy wykorzystasz to, co już masz albo zrobisz coś ważnego…

Miałam taką sytuację jakiś czas temu – robota mi nie szła, skupić się nie mogłam, humor nie dopisywał. Urwałam się z pracy, żeby sobie coś na poprawę humoru kupić. I gdy już gnałam przez korytarze pobliskiego centrum handlowego, zdałam sobie sprawę, ze przecież niczego nie potrzebuję, zakupy nic mi nie pomogą, że lepiej wrócę do biura i wykonam kilka telefonów, które od dawna odkładam. Tak zrobiłam i – choć samo telefonowanie nie było przyjemne (w końcu nie bez powodu je odkładałam) – to wyszłam z pracy bardzo z siebie zadowolona.

 

Być może trochę się tłumaczę, ale to też dlatego mój blog nie jest pełen zdjęć pięknych przedmiotów w przemyślanych aranżacjach. Bo to, co mamy w szafie albo garażu, tak nie wygląda, a to to właśnie mamy wykorzystywać, a nie otaczać się jeszcze większą ilością rzeczy, które – choć pięknie wyglądają na marmurkowym tle doskonale naświetlonych fotografii – tak naprawdę niczego nie zmienią w naszym życiu.

Chociaż trochę szkoda, bo o ile byłoby wtedy łatwiej… Kupujesz i – pstryk – od razu świat jest lepszy… Nic z tego – nowe „najki” nie uczynią z Ciebie biegaczki, nowa szminka nie zrobi z Ciebie seksbomby, a nowa bransoletka nie poprawi humoru!

Pozdrawiam,

A.

Dama na wakacjach: rower i samochód

dama na wakacjach rower i samochód

Dawno się nie odzywałam, ale praca, remont i – przyznam się! – letnia rozrywka zajęły mnie do tego stopnia, że siedzenie przed komputerem poszło w odstawkę. Zresztą to też były cenne doświadczenia dla tego bloga, bo z pewnością napiszę jeszcze, jak nie marnować czasu w wakacje (i żadnego innego), nawet jeśli w lipcu temperatura wynosi 12 st. C.

Jeśli chodzi o przewożenie rowerów, to mamy jednocześnie duże i małe doświadczenie.

Otóż jeśli chodzi o transport, to albo przewozimy rowery jadąc na nich, albo samochodem. I w kwestii transportu samochodowego właśnie mamy spore doświadczenie, którym chciałabym się dziś podzielić.  Przerobiliśmy bowiem kilka wariantów.

Wariant 1.

Nasze pierwsze auto było tak małe i tak niefunkcjonalne (trzydrzwiowe, bez możliwości zainstalowania bagażnika dachowego, bez haka), że załadowanie do niego rowerów stanowiło nie lada wyczyn, z którego mogliśmy być dumni niczym pawie, a dokładnie mój mąż, bo to on odwalał brudną robotę.

Otóż jeśli i Ty masz coś w stylu naszej micry i żadne z powszechnie przyjętych rozwiązań do przewozu rowerów nie da się w nim zastosować, to po prostu rozłóż rowery na części (odczep koła i kierownicę, maksymalnie obniż siodełko), złóż tylną kanapę i ładuj do bagażnika.

Przydadzą Ci się do tego również niebieskie torby IKEA na koła, stare ręczniki, karton i styropian po jakimś rtv-agd (mój mąż skombinował skądś piankową izolację na rury – doskonała, żeby założyć na ramę), żeby elementy roweru nie uszkodziły wnętrza auta (i vice versa).

Tak przygotowany pojazd bez problemu pomieści dwa rowery, dwie torby podróżne i koszt piknikowy na drogę. Ba, zmieści się nawet dwóch ludzi do środka – kierowca i pasażer :)

Nie ukrywajmy jednak, że to nie jest rozwiązanie optymalne – przygotowanie się do drogi, a potem rozpakowanie auta na miejscu, zajmuje nawet do godziny i trzeba się potem dobrze umyć. Stąd jest to opcja raczej na dalsze trasy i dłuższe pobyty.

Ale to JEST dostępna OPCJA, więc nie próbuj kombinować, że nie masz jak przewieźć roweru samochodem – nic nie usprawiedliwi zostania w domu i oglądania „Wspaniałego stulecia” :)

Po prostu, jak się nie ma samochodu marzeń (a mało kto go ma), to się kombinuje inaczej, i już.

Wariant 2. Bagażnik dachowy.

Tak nam się jakoś życie ułożyło, że pewnego ślisko-mroźnego dnia pewien student nie zauważył znaku stop i nasza micra (moja ukochana – z automatem, w karmelkowym kolorze, miałam ją od dzieciństwa – jej i mojego) poszła do całkowitej likwidacji. Jeszcze tego samego dnia przejęliśmy od mojej babci lanosa (wiek ok. 12 lat), który – jak każde prowizoryczne rozwiązanie – został z nami na ponad dwa lata.

Biorąc pod uwagę, że spodziewaliśmy się wtedy dziecka, zmiana okazała się pozytywna – miał większy bagażnik (mieścił wózek), tylne drzwi (mieścił dziecko), miał możliwość założenia dachowego bagażnika. I tak zrobiliśmy – kupiliśmy bagażnik dachowy, a do niego dwa bagażniki rowerowe Thule.

Wybór Thule’a był dość oczywisty, bo – co już na pewno pisałam – lubimy produkty firm, które się w danej dziedzinie specjalizują. Odpadały oczywiście  wszystkie „makro-cashe” – bagażnik rowerowy kupuje się co do zasady raz na baaardzo długo i na pewno zdąży się zamortyzować. Poza tym czas pokazał, że używaliśmy naszych tak intensywnie, że zmuszeni każdorazowo do kręcenia korbką lub do zaciągania jakichś sznureczków szybko byśmy zwariowali. A tak, było tylko ciach i ciach, i rowery gotowe do drogi.

Zapakowanie dwóch rowerów na dach i przyczepki rowerowej do bagażnika zajmowało mojemu mężowi 9,5 minuty – biorąc pod uwagę konieczność odpięcia od nich sakw, bidonów i innych rupieci.

Z tego co pamiętam, wydaliśmy 235 zł. na jeden bagażnik, plus ok. 150 zł. na bazę do lanosa (ale tą ostatnią kwotą się nie kieruj, bo to lanos – jeśli masz jakiś cywilizowany pojazd, to na pewno będzie drożej).

Nie będę też ukrywać, że rowery na dachu naszego samochodu (a i same bagażniki) dodają nawet najbardziej obciachowemu pojazdowi sportowego sznytu.

przewóz rowerów na dachu

Wariant 3. Bagażnik na hak.

Na rynku dostępne są bagażniki na tył samochodu i mają tą zaletę, że przewożone tak rowery nie stwarzają dodatkowych oporów powietrza – nie hałasują, nie piją dodatkowego paliwa. Ale opcję bagażnika zawieszanego na klapie bagażnika – jedyną dostępną jeszcze za czasów micry – odrzuciliśmy, jako nadmiernie obciążającą tą klapę.

Jak nic trzeba było zaopatrzyć się w hak. No ale nie będziemy montować haka do 15-letniego samochodu (pewnie odpadłby od przerdzewiałego podwozia). Był to zatem dodatkowy argument za kupnem nowego samochodu. Pozostałe argumenty widać po lanosie już na pierwszy rzut oka (może oprócz mniej widocznej całkowitej nieprzystawalności do aktualnych standardów w zakresie bezpieczeństwa – jedna poduszka powietrzna to w 1999 r. był i tak luksus).

Kupując nowe auto, którego wybór był podyktowany głównie rowerowym hobby (kombi, bo przyczepka; tempomat, bo samochód wykorzystywany głównie na dłuższych trasach; możliwie najtańszy i najbardziej ekonomiczny, bo pieniądze musiały zostać na rowerowe wycieczki), postanowiliśmy nie wyjeżdżać z salonu bez oryginalnego, zamontowanego w ASO haka.

Bagażnik rowerowy na haku, montowany błyskawicznie, odchylany dowolnie przy otwieraniu bagażnika i łączący się z komputerem pokładowym samochodu to było marzenie mojego męża, które wreszcie spełnił, choć sam samochód to też oczywiście kompromis, a nie spełnienie marzeń.

Co musisz jednak wiedzieć o tym rozwiązaniu?

Lojalnie uprzedzam, że:

1. Takie bagażniki są jednak najdroższe.

2. Są opcje dodatkowych przystawek na trzeci lub czwarty rower.

3. W Polsce wciąż nie da się z takim bagażnikiem jechać legalnie, bo:

  • nie możesz zasłaniać tylnej tablicy rejestracyjnej, a bagażnik zasłania,
  • nie możesz zdjąć z samochodu  tablicy rejestracyjnej i przymocować jej do bagażnika, bo tablica ma być na samochodzie,
  • nie możesz otrzymać z urzędu komunikacji dodatkowej tablicy rejestracyjnej (nawet, gdybyś była skłonna sporo zapłacić za ten luksus), bo przepisy nie przewidują takiej możliwości,
  • nie możesz przyczepić na bagażniku czegoś podobnego do tablicy rejestracyjnej, bo narażasz się na zarzut fałszerstwa.

Całe szczęście chodzą słuchy, że urzędnicy rozwiążą wreszcie problem, który sam stworzył, i przepisy mają się zmienić. Ale kiedy? Jak? Nikt tego nie wie…

Tymczasem rozwiązanie jest jedno – olewasz system i i tak jeździsz z takim bagażnikiem, a na nim naklejasz kartkę z Twoim numerem rejestracyjnym, albo – tak jak my – zamawiasz sobie na Allegro „podróbkę” tablicy – koniecznie z jakimś elementem odróżniającym ją od prawdziwej tablicy, np. u nas po literach ZS jest uroczy mały rowerek, a dopiero dalej cyfry.

tablica rejestracyjna  na bagażnik rowerowy na hak-

I ruszasz w drogę licząc, że nie trafisz na policjanta-palanta, który sobie Twoim kosztem zechce poprawić statystykę.

Wariant 4. Mieszany.

Gdy musisz przewieźć nie dwa, lecz cztery rowery. Wygląda to tak:

cztery rowery na samochodzie

Zdarzyło nam się też wieźć cztery rowery na dachu (dwa z nich tyłem do przodu, wszystkie kierownice skręcone równolegle z ramą, a nie prostopadle).

~~~~~~~~~~~~~~

Niestety nie mogę się wypowiadać na temat przewożenia rowerów samolotem, bo gdy lecieliśmy, to rowery wynajmowaliśmy na miejscu.

Nie mamy też doświadczenia w podróżach pociągiem, bo lubimy jeździć samochodem. Jedyna nasza przygoda kolejowa to pół godziny DEUTSCHE BAHN z Passewalk do Szczecina, ale niemieckie pociągi nie są miarodajne dla podróży po Polsce.

Chętnie więc dowiem się, jeśli Ty masz jakieś złote myśli.

Tymczasem,

A.

Dama na wakacjach: jakie wyżywienie?

co jeść na wakacjach?

Pisałam o tym, co wiem o wakacyjnych noclegach. Teraz czas na jedzonko!

W trasie

Na wstępie wyjaśnię – choć to można było wywnioskować również z innych moich wpisów – że lubię fast foody. Uważam, że jest to bardzo dobra opcja w podróży samochodowej. Z tego, co pamiętam, potwierdził to również Robert Makłowicz w jednym z wywiadów, w którym stwierdził, że gdy – jadąc samochodem – ma się do wyboru grochówkę z przydrożnej kuchni polowej i Mcdonalds, ten drugi to niezła opcja.

fast food dla rowerzysty?

https://www.flickr.com/photos/22662305@N04/3168124735/

Natomiast z przydrożnymi barami i innymi miejscami „w trasie” problem jest zazwyczaj taki, że dają kiepskie żarcie, bo nie muszą przywiązywać do siebie klienta. Wygłodniały tirowiec, czy rodzinka w podróży nad morze zjedzą, co im się da, i już nigdy nie wrócą (bez względu na to, czy jedzenie było dobre czy nie). Z punktu widzenia gastronomika, nie ma sensu się starać… Są oczywiście wyjątki i dlatego warto zaprzyjaźnić się z jakimś przedstawicielem handlowym lub kimś innym w wiecznej trasie, i od niego czerpać wiedzę o dobrej kuchni przy drodze.

W trasę można również zabrać własny prowiant i często to uskuteczniamy. Przydaje się wówczas torba termiczna ze zmrożonymi wkładami, termos, kosz wiklinowy i plastikowa zastawa, a także inne sprzęty, o których pisałam w poście o pikniku. Każdą kanapkę, kiełbaskę lub inny kawałek jedzenia należy zapakować osobno, żeby się łatwo otwierały i wygodnie trzymały w dłoni.

kosz piknikowy

http://www.flickr.com/photos/51167045@N00/3804710341/

Stołówka?

Korzystaliśmy kilka razy z wykupionych z góry obiadów – tak było na Teneryfie i ostatnio w Świeradowie Zdroju. I co?

W naszym przypadku to rozwiązanie sprawdziło się tylko wtedy, gdy nasze wyjazdy były stricte rowerowe. Rano jedliśmy obfite śniadanie w formie bufetu, a wieczorem niemal prosto z rowerów szliśmy na obiad, który ktoś dla nas przemyślał i przygotował. Niczym nie musieliśmy się przejmować.

Ale już w czasie naszych ostatnich wakacji na Teneryfie ta opcja się nie sprawdziła, bo mieliśmy mniej zorganizowany plan dnia i robiliśmy się głodni czasem już o 15:00, a do obiadu jeszcze ho ho… Ponieważ mieliśmy w pokoju aneks kuchenny, lepszym rozwiązaniem byłoby przygotowanie prostych posiłków we własnym zakresie i urozmaicenie ich sobie wizytami w lokalnych knajpkach. Cenowo wyszłoby tak samo, a smakowałoby lepiej (i lokalniej) i moglibyśmy jeść wtedy, gdy tego potrzebowaliśmy.

Sniadanie warto wykupić w hotelu lub pensjonacie

http://www.barcelo.com/

Natomiast zawsze, gdy mieszkamy w jakimś hotelu czy pensjonacie, bierzemy opcję ze śniadaniem. Ktoś je zrobi, żadne produkty Ci się nie zmarnują, nie będziesz musiała zabierać resztek do domu, będzie obficie i różnorodnie.

Śniadania w Willi Ostoja w Świeradowie były fantastyczne.

We własnym zakresie

Jeśli masz do dyspozycji kuchnię/aneks to właściwie nie ma o czym mówić- wszystko jasne. Zabierasz z domu lub kupujesz na miejscu wstępnie przygotowane produkty, a potem je odgrzewasz i smacznego.

Tak robiliśmy na wszystkich wakacjach w Eurocampie, ale i w kilku innych miejscach. Zabieraliśmy wstępnie przygotowane potrawy, jak na przykład zamarynowane mięso, makaron, ryż, do tego herbata i kawa, cukier, itp., żeby na miejscu nie kupować całej paki, którą potem trzeba będzie wieźć do domu.

jeśli zamierzasz gotować we własnym zakresie, weź też koniecznie:

  • trochę płynu do naczyń i gąbeczkę – tego na miejscu nie będzie, a po co kupować na miejscu całą butelkę,
  • ściereczki,
  • ostry nóż (osobiście uważam, że najłatwiej zrobić sobie krzywdę tępym nożem, a hotelowe/kempingowe wyposażenie zawiera tylko takie – dokładnie zapakuj i weź ze sobą ulubiony „nóż szefa”),
  • korkociąg i otwieracz do butelek – w końcu wakacje to czas na zabawę i lepiej mieć czym otworzyć trunki :)

To oczywiście jest opcja, gdy się gdzieś jedzie samochodem – bez sensu tak się ładować do samolotu, czy na rower. A skoro już jedziesz samochodem, to przemyśl zabranie samochodowej lodówki lub chociaż torby termicznej, żeby nie trzeba było jedzenia wekować.

W przydrożnym rowie

To opcja dla prawdziwych rowerowych wędrowców – pakujesz produkty do sakwy…

Pakowanie dziecka na wyjazd rowerowy

a potem przyrządzasz z nich posiłek bogów w krzakach przy trasie rowerowej, na ognisku lub na polowej kuchence gazowej.

kuchenka turystyczna na wyprawę rowerową

Jeśli masz plan tak postąpić, to pamiętaj o:

  • kuchence i zapasowym gazie (niby oczywiste, nie?)
  • menażce i sztućcach,
  • szmatce, ścierce, płynie do naczyń,
  • ostrym nożu (patrz wyżej),
  • produktach pakowanych pojedynczo, wstępnie pokrojonych, łatwych do podzielenia bez rozpakowywania całości, ewentualnie o woreczkach i folii aluminiowej, żeby zapakować to, co zostanie,
  • plastikowych reklamówkach – ilość spełnianych przez nie funkcji jest niezliczona (obrus, na resztę jedzenia, na kanapki na drogę  czy na brudne skarpetki i śmieci),
  • wodzie do gotowania,
  • sosach w proszku (nie jestem ich zwolenniczką, ale mogą się czasem przydać, a nic nie ważą), ale wybieraj takie, które wystarczy wymieszać z wodą, głupio by było, gdyby się okazało, że do przygotowania danego sosu potrzebna jest jeszcze śmietana kremówka i trzy rodzaje sera… – po prostu przeczytaj sposób przygotowania sosu, zanim go zapakujesz,
  • ryżu, makaronie lub kaszy – super się przewożą i szybko gotują!

Żeby było fajnie, mogą ci się przydać:

co się przyda - jedzenie w plenerze

Przed wyjazdem zapoznaj się też z moją piknikową check-listą, bo wiele rzeczy, które na niej wypisałam, mogą ci się przydać.

Ciekawa jestem Twoich gastronomicznych doświadczeń…

Tymczasem pozdrawiam,

A.

W Izery na rowery – Vol. 2

weekend w górach izerskich na rowerach

Długi weekend w Górach Izerskich (z bazą w Świeradowie Zdroju), to był naprawdę świetny pomysł, choć wpadliśmy na niego w ostatniej chwili.

Drugi dzień

O ile trasa dnia pierwszego ułożyła nam się super płynnie, to już drugiego dnia nie poszło nam tak sprawnie.

rowerowy weekend w górach izerskich dzień 2

nasza trasa – dzień 2

Po pierwsze dlatego, że nie jechaliśmy kolejką do góry, tylko jechaliśmy na rowerach z samego dołu. Jechać ciągle pod górę było mi dość ciężko, więc robiliśmy częstsze postoje.

Po drugie, było ponad 30 stopni, a mieliśmy za mało wody. Być może wyjdę na naiwną, ale sądziłam, że w dobie kapitalizmu sklep stoi na każdym rogu, a… nie stał… Nie za bardzo było więc gdzie uzupełnić płyny, a nie chcieliśmy wypić wody Małej, która najlepiej zarządzała swoimi zapasami (może dlatego, że nie pedałowała).

Po trzecie, mieliśmy małą wpadkę z pomyleniem trasy, przez co niepotrzebnie ładowaliśmy się z całym sprzętem po trasie rzekomo rowerowej, ale za to całkowicie nieprzejezdnej (ba, nawet iść było tam ciężko). Szybko jednak zorientowaliśmy się, że nie tędy droga, zawróciliśmy (biedny Sz. musiał sam przytachać rowery i przyczepkę) i pojechaliśmy innym szlakiem, już bez żadnych perturbacji.

Willa Ostoja

Pisałam, że ciężko było znaleźć nocleg na dzień przed długim weekendem, w dodatku reklamowanym jako bardzo słoneczny. Udało nam się dopaść ostatni pokój w Willi Ostoja, która ma na Booking.com ocenę 9,3, czyli bardzo wysoką. Jestem gotowa tą ocenę potwierdzić i jedyne, do czego moim zdaniem można się przyczepić, to to, że musieliśmy przywieźć własne łóżeczko dla Małej. Moim zdaniem łóżeczko turystyczne w takim miejscu to must have, nie wiem dlaczego w wielu polskich kwaterach to problem (w Niemczech nawet na zabitej dechami wsi mają łóżeczka dla niemowląt).

Pogoda

Nic dodać, nic ująć. Po miesiącu ciągłego marznięcie, 30-stopniowy upał był dla mnie w sam raz.

w izery na rowery 6

Specialized

I tak sobie jechaliśmy na rowerach, jechaliśmy i nagle go zobaczyłam! Jechała na nim jakaś pani, która sama w sobie też super wyglądała (miała w szczególności bajerancki kask i buty). Ale ten rower… O dziwo, różowy (a ja nie lubię różowego)! Piękny! Z 2008 roku, dostępny wówczas za cenę, której – rozumując rozsądnie – nie byłabym skłonna wydać, obecnie już chyba nie do kupienia. I dobrze, bo jeszcze – na fali totalnego zachwytu – bym go kupiła. Czy nie jest fantastyczny?!

http://www.specialized.com/us/en/bikes/archive/2008/designsforwomenmountain/erafsrmarathon

http://www.specialized.com/us/en/bikes/archive/2008/designsforwomenmountain/erafsrmarathon

Mcdonalds w Zielonej Górze

Wracając w niedzielę do domu zatrzymaliśmy się w Zielonej Górze na obiad. Ponieważ jestem ogólnie „fastfudowa” – standardowo musiał to być Mcdonalds. I tu przeżyliśmy szok – kolejka po same drzwi, tłumy! W dodatku to byli miejscowi, którzy tam wcale nie musieli być (nie byli w podróży, znali swoje miasto i jego bazę gastronomiczną) – z własnej woli stali w tych kolejkach, żeby zjeść coś, co się absolutnie nie nadaje na niedzielny obiad! Niesamowite…

I tyle jeśli chodzi o nasz weekend w górach. Wróciliśmy do domu i znowu zrobiło się zimno.

Następnym razem wrócę z kolejnym artykułem „Dama na wakacjach„. Tym razem będzie o wyżywieniu na urlopie i o naszych doświadczeniach w tym zakresie.

Pozdrawiam,

A.