Trasa Odra-Nysa: nieco szersza refleksja

rowerowe wakacjeWakacyjne fakty są może i ważne, ale dziś chciałabym napisać o czymś innym. Oczywiście będę się odwoływać do naszych wakacji i do samej trasy Odra-Nysa, którą już od dawna planowaliśmy przejechać, ale ta wycieczka to raczej inspiracja do szerszej refleksji nad trasami rowerowymi i ich znaczeniem dla… gospodarki.

Tak, tak, waśnie gospodarki. Wcale nie chcę pisać o ich znaczeniu dla rowerzystów, bo to zdecydowanie zbyt oczywiste.

Chodzi mi o ich znaczenie dla nierowerzystów, dla wsi i miasteczek, przez które trasa Odra-Nysa przechodzi. Dla tych miejsc, które – choć urocze – same w sobie nie są w stanie ściągnąć do siebie rzesz turystów z drugiego końca świata - to nie kurorty, to nie kulturalne stolice, to nie metropolie.

To jednak jednocześnie miejsca, gdzie zmęczeni rowerzyści mogą zjeść wursta i napić się lokalnego piwa, zjeść ciasto domowej roboty i podziwiać (a może i nawet kupić) dzieła lokalnych artystów. To dzięki tej trasie rowerowej malutkie kościółki i kamienice z muru pruskiego nie zostaną zapomniane, dzięki rowerzystom kąpieliska zaludniają się, a miejskie skwery tętnią życiem.

trasa odra nysa - nie tylko dla osób 50+

 

To nie jest turystyka na masową skalę, to nie japońskie wycieczki, to nie pięciogwiazdkowe spa, to nie milionowe zyski…

Ale jednocześnie to nie wymaga wielkich inwestycji, kosztownych budów czy promocji w telewizji. Rowerzystom po całym dniu w siodle wystarczy czysta pościel, gorący prysznic i ten przysłowiowy wurst z bułką, czyli to, co właściwie każdy gospodarz jest w stanie zapewnić bez specjalnych ceregieli.

To niewielki, ale w miarę stały dochód, przy nieznacznych nakładach. To codziennie nowi ludzie, wiadomości, rozmowy, świeża krew… TO SAME KORZYŚCI!

I właśnie dlatego tak bardzo żałuję, że w Polsce nie ma tak wielu tras rowerowych. Owszem niektóre gminy chwalą się trasą po starej wąskotorówce albo czymś takim (np. trasa Połczyn Zdrój – Złocieniec), ale 30 km nie wystarczy, żeby ściągnąć do nas niemieckich czy skandynawskich turystów. To musi być trasa na co najmniej tydzień jazdy (najlepiej połączona z innymi równie długimi trasami), bo tylko wówczas turyści będą nocować, jeść, zwiedzać, naprawiać rowery, kupować…

Uważam, że spójna sieć tras rowerowych wiodących przez wsie i miasteczka, jest w stanie ożywić polską prowincję, dostarczyć jej mieszkańcom dochodu i nowych doznań, nowego impulsu.

Bo żeby rozkręcić przy-rowerowy biznes nie trzeba wiele – wystarczy czysty pokój i dobre żarcie. A kto robi lepsze pierogi niż nasze polskie ciocie i babcie, u kogo wypijesz lepszy kompocik?

To z pewnością nie jest apel do rządu, lecz do gmin – ich władz i mieszkańców – jednoczcie się, kombinujcie… Na to jest kasa, trzeba się tylko zainteresować i dogadać!

Samo się nie zrobi, ale Wy możecie!

Pozdrawiam,

A.

 

Wakacyjne reminiscencje…

rowerowe wakacje

Tytuł nie jest chyba w pełni adekwatny, bo pachnie raczej nostalgią, a ja nie mam zupełnie na to czasu. Zdjęcia wciąż nie wybrane, teksty nie napisane, dobrze, że sobie wypisałam chociaż tematy, które chcę poruszyć w kontekście naszych wakacji…

Dziś raczej szybki fact file niż wspominki.

trasa odra nysa mapkaDojazd samochodem do Jabłońca nad Nysą w Czechach: ok. 4 godziny samochodem.

Bieg trasy: trasa rowerowa Odra-Nysa na odcinku z Jabłońca do Hohenwutzen (Osinów Dolny), gdzie odebrali nas teściowie wracający ze swojego urlopu).

Ilość dni w siodle: 5.

Noclegi: 4 (3 w Polsce, 1 we Frankfurcie nad Odrą).

Przejechane kilometry: 420 km.

trasa odra nysa - nie tylko dla osób 50+

Rekord dzienny: 100 km.

Ilość wywrotek przyczepki: 1 (zupełnie przy okazji sprawdziliśmy, że – choć wywalający się rower nie wywraca przyczepki - wywracająca się przyczepka z pewnością powali rowerzystę; na szczęście Małej się tylko czapeczka lekko przekrzywiła, z mężem było gorzej).

Ilość zabranego jedzenia: za duża.

Najfajniejsze momenty: Goerlitz, parówki ze słoika + polowy minibar, Mała co rano ładująca się ochoczo do przyczepki (nic tak nie cieszy rodzica jak dziecko podzielające jego pasję :))

piknik pod wiszącą... chmurą

Więcej informacji wkrótce, obiecuję!

Pozdrawiam,

A.

Jak przekonać dziecko do jeżdżenia w kasku?

To właśnie kwestia noszenia kasku powstrzymywała nas od kupienia i wykorzystywania fotelika rowerowego dla dziecka, bo nie wyobrażaliśmy sobie, że Mała może w nim jeździć bez kasku. Udało się i teraz mogę za prezentować kilka tricków.

kask rowerowy dla dziecka

Sama noś kask. 

To niby oczywiste, ale jednocześnie tak rzadko stosowane. Dotyczy właściwie większości rzeczy, które chcielibyśmy, żeby nasze dzieci robiły: uprawianie sportu, zdrowe odżywanie, odkładanie rzeczy na ich miejsce i ścielenie łóżka. Daj dobry przykład, wskakuj w kask!

Kask musi być ładny/fajny/bajerancki. 

Małej to może jeszcze wszystko jedno ale już taki przedszkolak nie włoży obciachowego kasku. Chłopiec zechce mieć pewnie kask z płomieniami, a dziewczynka w – bleeee! – księżniczki. Nie będę ukrywać, że nie jestem szczególnie zachwycona wyborem kasków w decathlonie (skąd pochodzą wszystkie kaski na zdjęciu, od razu wyjaśnię, że te na dole nie podobają mi się w ogóle), ale jest to z pewnością najprostszy sposób na zdobycie kasku. My kupiliśmy ten niebieski bez wzorków, bo wydał nam się w miarę gustowny i jest na tyle mały, że nie spada naszej Małej z łepetynki. Jeśli będzie Ci naprawdę zależało, to na pewno uda Ci się znaleźć coś wystrzałowego!

Kask dostaje się w nagrodę!

Ten pomysł poddała mi moja klientka, która wytłumaczyła córce, że kask dostanie w nagrodę za dobre zachowanie. Taki kask smakuje zupełnie inaczej niż po prostu kask!

Stara goebbelsowska metoda wciąż działa

Powtarzaj, powtarzaj, powtarzaj! My trenowaliśmy w Decathlonie. Tam jest pełno małych rowerków, na których Mała koniecznie chciała jeździć (choć są oczywiście jeszcze na nią sporo za duże). Za każdym razem, gdy choć zbliżała się do takiego pojazdu, powtarzałam z uporem maniaka, że na rowerze jeździ się w kasku, i sadzałam ją na siodełku dopiero, gdy dała sobie włożyć kask. Ciągle powtarzany komunikat (przy każdej wizycie w markecie) szybko jej się utrwalił. Do tego stopnia, że widząc rowerek, na który miała ochotę wsiąść, najpierw przybiegała do mnie, żebym jej włożyła kask. Hurra!

A Ty masz jakiś ciekawy sposób?

Pozdrawiam,

A.

 

 

Nasz nowy schemat transportowy

O naszej ostatniej rowerowej wycieczce, z której cali i zdrowi już wróciliśmy, muszę dopiero napisać (ale prawdę mówiąc nie miałam jeszcze czasu zebrać wakacyjnych myśli).

Tymczasem przyszedł czas powrotu do rzeczywistości, która… też nie jest przecież zła :)

Rower to nie tylko narzędzie rekreacji, to środek transportu. Dlatego właśnie służy nam do przemieszczania się po mieście – do pracy, na zakupy, po dziecko, z dzieckiem…

Jak rozwiązaliśmy kwestię odwożenia Małej do babci, żeby jak najwięcej czasu spędzić w siodle wyjaśniłam we wpisie o naszym schemacie transportowym.

Schemat ten sprawdzał się, ale nie był pozbawiony wad: zmuszał mnie mimo wszystko do korzystania z samochodu, a po powrocie do domu z pracy mój rower był u teściów, a rower męża pod domem – nie było możliwości wybrać się na wspólną popołudniową przejażdżkę. W sezonie letnim, gdy dni są długie, a pogoda dopisuje, to zdecydowana wada. Dlatego testowaliśmy nowe rozwiązanie.

Na początku próbowaliśmy wykorzystać w tym celu naszą przyczepkę i tak kilka dni poszło, ale nie było to zbyt praktyczne rozwiązanie, bo przyczepkę trzeba było zostawiać w garażu. Pozostawiona na naszym podwórku mogła się zniszczyć lub… zniknąć. Było z tym trochę zachodu, więc zrezygnowaliśmy.

dziecko na rowerze - fotelik rowerowy

Jeśli nasuwa Ci się pytanie, dlaczego do cholery nie kupiliśmy czegoś tak popularnego, jak fotelik dla dziecka, to powiem Ci, że pytanie to uważam za bardzo zasadne i sami też na to wpadliśmy. Niestety nie wyobrażam sobie, że Mała jedzie w foteliku bez kasku. I tu tkwił problem, bo Mała na kask reagowała… jeszcze gorzej niż na mycie zębów.

Nie poddaliśmy się jednak i w końcu przekonaliśmy ją, że kask jest nie tylko potrzebny, ale i fajny (jak to zrobiliśmy opiszę innym razem, bo jest na to kilka patentów).

Nabyliśmy zatem drogą kupna fotelik i kask, a Małej spodobało się to na tyle, że po pierwszej krótkiej przejażdżce w ogóle nie chciała zejść z roweru. Nie było rady, wskoczyłam też na rower i pojechaliśmy na rodzinną wycieczkę.

fotelik rowerowy dla dziecka

Kilka faktów:

  • Kupiliśmy fotelik na tył roweru (a nie taki zaraz za kierownicą), mocowany do sztycy (a nie do bagażnika). Małej brak szerokiej panoramy specjalnie nie przeszkadza, a do tego lubi poklepywać tatę po pupie. Choć zgodzę się, że z przodu widoki miałaby lepsze.
  • Nasz fotelik to wydanie ekonomiczne, bo nie odchyla się do tyłu. Zdecydowaliśmy się na taką wersję podstawową, ponieważ i tak zamierzamy z niego korzystać tylko w mieście. Na wyprawy rekreacyjne mamy przecież przyczepkę dziecięcą - dużo wygodniejszą i bezpieczniejszą. I bardziej pakowną…
  • Kupiliśmy fotelik firmy HAMAX, bo lubimy kupować produkty firm, które się w danym asortymencie specjalizują.
  • Fotelik ma tą przewagę nad przyczepką, że nie trzeba go przechowywać w garażu, mąż wnosi go do mieszkania (fotelik i kaski trzymamy u Małej w pokoju, pod biurkiem, więc nie przeszkadzają specjalnie).

gdzie schować w domu fotelik rowerowy

No więc nasz schemat transportowy trochę się zmienił, bo Małą do babci (a ostatnio również do przedszkola) wozi tata, który potem pędzi do pracy, a ja jadę prosto z domu do mojej pracy, dzięki czemu mogę jej poświecić więcej czasu (nie jest to bez znaczenia, bo nie zauważyłam wakacyjnego spowolnienia, wręcz przeciwnie).

A po południu wszystkie nasze rowery stoją pod domem i dlatego wieczory spędzamy również w siodle, choć to raczej rowerowe spacery niż sport. Nie szkodzi, bo jest miło i przyjemnie, gdy jedziemy do parku pograć w badmintona, porzucać frisbee albo po prostu na lody.

A jak tam Twój schemat transportowy?

Pozdrawiam,

A.

 

Jest torba – DUŻA

Torby szukałam już od jakiegoś czasu. Miała to być duża i porządna torba nadająca się na rower.

duża torba na rowerNie było łatwo, bo… zawsze coś.

Za mała, z pseudoskóry, za krótkie rączki, za długi pasek, nie ten kolor, we wzorek, za sztywna, za cienka, za droga, podejrzanie tania, itp.

No ale kupiłam i mam. Spełnia moje kryteria, bo:

duża torba na rower

  • skórzana,
  • granatowa (w grę wchodziła jeszcze brązowa lub koniakowa) – granatowy to zdecydowanie ostatnio mój kolor, pisałam o tym też tu,
  • pasuje do mojej małej granatowej torebki, więc mogę je nosić na raz (na ogół noszę małą w dużej),
  • ogromna – powinna pomieścić wszystkie moje graty,
  • z jedną rączką o odpowiedniej długości (zaczepi się o siodełko, ale nie za długa, żebym nie ciągnęła torbą po ziemi, gdy ją będę niosła w dłoni),

torba - mocowanie na rowerze

  • w przyzwoitej cenie,
  • jej podstawa mieści się idealnie w moim koszyku rowerowym,

jak zamocować torbę na rowerze

  • wygląda dość służbowo, choć to nie aktówka.

Hmm, ciekawe, czy się będzie dobrze nosić…

duża torba na rower

A wracając do tego, że noszę jedną torebkę w drugiej, to dlatego, że w małej trzymam to, co zawsze muszę mieć przy sobie (okulary, portfel, klucze, chusteczki), a w dużej nosze to, co akurat muszę przetransportować. Jeśli akurat nie muszę nic transportować (np. w czasie popołudniowej przejażdżki), to biorę tylko małą, a jeśli już biorę dużą torbę, to małą po prostu wrzucam do środka i nie muszę nic przekładać  z jednej do drugiej. Ciągłe przepakowywanie torebek to nie dla mnie – zmiana co najwyżej co trzy lata :)

Pozdrawiam,

A.